Czesław Czapliński

0
1628

Kluczowa rzecz, żeby robić to, co się kocha. A często nie jest to łatwe. Na prawdziwy sukces trzeba czekać, bywa i wiele lat. Ważny jest czas…” mówi Czesław Czapliński, , artysta fotograf, dziennikarz i autor filmów dokumentalnych o międzynarodowej sławie.

 

 

 

Katarzyna Czajka: Osiągnąłeś sukces i w Polsce, i za granicą. Pół roku mieszkasz w Polsce, a pół w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego?

Czesław Czapliński: W Stanach Zjednoczonych mieszkam od 1979 r., od kiedy tam wyjechałem, żeby zrobić album o Nowym Jorku. W tamtych czasach nowojorskie ulice wyglądały zupełnie inaczej niż polskie. Wielki świat, piękne miejsca, kolorowo i radośnie. Ale także takie okolice – na przykład na 42nd Street na Manhattanie – gdzie na ulicach narkomani wbijali sobie strzykawki z narkotykami, były lokale z prostytutkami, byli zbuntowani punkowcy, noszący kolorowe włosy i wyzywające ubrania. W Polsce tego nie było. Ja, młody człowiek z nowoczesnym, drogim aparatem Canon, z teleobiektywem, w takich miejscach nieświadomie prowokowałem. No i stało się. Poczułem nóż na gardle, trzech Murzynów wyrywało mi sprzęt fotograficzny, a ja trzymałem go kurczowo. Idiotyzm, mogłem stracić życie. Było to tak dramatyczne, że przed oczami w pięknych, kolorowych obrazach przewinęło mi się całe moje życie.

Przestraszyłeś się?

Mój mózg się przestraszył, dlatego przewinęło mi się przed oczami to całe życie. Zapamiętam ten dzień chyba na zawsze. To zdarzenie postawiło mnie w trudnej sytuacji finansowej. Musiałem kupić nowy sprzęt fotograficzny, na co wydałem wszystkie pieniądze, jakie miałem przeznaczone na pobyt w Nowym Jorku. Zacząłem szukać pracy, oczywiście w zawodzie. Przygotowałem portfolio, na początku włożyłem zdjęcia z pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II po Polsce (2 – 10 czerwca 1979), którą fotografowałem przed samym wyjazdem do Nowego Jorku. Myślałem, że tymi zdjęciami podbiję Amerykę. Niestety, tzw. „newsy” mają krótki żywot i w tamtym momencie już co innego było ważne. Ale jeden z tzw. „picture editors” ważnego nowojorskiego magazynu powiedział mi, żebym nie gonił za bieżącymi wydarzeniami, a raczej tworzył świat, do którego będą inni wchodzić.

Andrzej Partyka w swoim studiu maluje mnie, w tle siedzi jego brat Bogdan Partyka, Nowy Jork, 1983 fot. Cz. Czapliński
Andrzej Partyka w swoim studiu maluje mnie, w tle siedzi jego brat Bogdan Partyka, Nowy Jork, 1983
fot. Cz. Czapliński

Co zrobiłeś ?

Poszedłem na 46th Street do dużego, prestiżowego studia, gdzie przychodziła legendarna fotograficzna grupa Magnum Photos. Zaniosłem tam swoje portfolio, prosząc o pracę. Właściciel mnie pyta: „a co umiesz?”. Ja na to, że wszystko. On pokiwał głową, że to nie jest możliwe, że jak to wszystko? Można się znać na fotografowaniu portretów, mody czy martwej natury, na wywoływaniu zdjęć, powiększaniu, ale nie na wszystkim, jest przecież specjalizacja. Po moich zapewnieniach, z niedowierzaniem poprosił Polaka, który u niego pracował, o porozmawianie ze mną i ustalenie prawdy. Tu muszę obalić mit, jakoby Polacy za granicą sobie szkodzili. On potwierdził, że my naprawdę potrafimy wszystko. Bo tak w Polsce się pracuje. Wszystko trzeba robić samemu, nie ma laboratoriów, osobnych studiów. Mówię oczywiście o latach siedemdziesiątych. Potem zaprzyjaźniłem się z Andrzejem Partyką, Polakiem, który tam wówczas pracował, zajmował się później malarstwem. Dwa lata temu, po śmierci Andrzeja, mogłem pomóc jego bratu pokazać jego prace malarskie w internecie.

Zatrudnili cię w tym studio?

Tak. Właściciel zaproponował mi, żebym popracował jeden tydzień za darmo. Miałem przejść każde stanowisko pracy. I tak po tygodniu zostałem zatrudniony. To był jedyny rok w moim życiu, kiedy pracowałem u kogoś.

Jak to wspominasz?

To było znakomite doświadczenie, ale po roku pracy uznałem, że wszystkiego się już tam nauczyłem. Zobaczyłem, jak wyglądają perfekcyjne zdjęcia, jak się je robi w studio i ciemni, co to jest kontrast, skala szarości, kompozycja, retusz… Miałem do czynienia z oryginalnymi zdjęciami, a nie wydrukami, które mają mało wspólnego z tym, co wychodzi spod powiększalnika.

Zawsze byłeś ambitny…

Tak. Byłem młody, zarobiłem trochę pieniędzy i chciałem robić już tylko własne projekty. Dowiedziałem się, że w Ameryce, po roku pracy, można iść na bezrobocie co pomogłoby mi przez kilka miesięcy. Jednak, aby dostać status bezrobotnego, trzeba było być bezrobotnym, a szef nie chciał mnie zwolnić. Wtedy pomyślałem, że zażądam abstrakcyjnej podwyżki. Szef potwierdził, że faktycznie mi się należy. Zaproponowałem 100%, szef dał mi 20%. Nie dogadaliśmy się i od poniedziałku byłem wolny. Wolny, ale z możliwością powrotu w każdej chwili. Pojechałem do stosownego urzędu i poprosiłem o zarejestrowanie mnie jako bezrobotnego. Raz na tydzień trzeba było podpisywać jakieś dokumenty i podczas drugiej wizyty urzędniczka mi powiedziała, że jest jakaś nieścisłość i trzeba zadzwonić do studia, gdzie pracowałem. Niestety, właściciel studia potwierdził, że jest dla mnie praca, że czeka na mnie. Tak właśnie nie stałem się bezrobotnym z wypłacanym zasiłkiem. Może i dobrze, bo kolejny raz musiałem zacząć sam.

Jerzy Kosiński, 1981, Nowy Jork fot. Cz. Czapliński
Jerzy Kosiński, 1981, Nowy Jork
fot. Cz. Czapliński

Twoja pierwsza wystawa w Stanach?

W maju 1981 roku. To była bardzo ciekawa historia. Wpadłem na pomysł, że zrobię zdjęcia najwybitniejszym Polakom w USA. Dla mnie takim wybitnym, a nawet najwybitniejszym był Jerzy Kosiński (pisarz, fotograf, a nawet aktor), którego książki jako bestsellery widziałem na wystawach wielkich księgarni Barnes & Noble. Marzyłem o zrobieniu mu portretów. Z Polskiego Instytutu Naukowego (gdzie zaplanowana była wystawa) zdobyłem numer telefonu domowego i adres Kosińskiego. Telefon odebrała jego ówczesna sekretarka, potem żona, Kiki von Frauhofer. Poprosiła stanowczym tonem, abym zadzwonił za pół roku, ponieważ na drugi dzień wyjeżdżają do Szwajcarii na narty. Na moje wyjaśnienia, że wystawa jest zaplanowana niebawem, za trzy miesiące, odłożyła słuchawkę.

Jerzy Kosiński fot, Cz. Czapliński
Jerzy Kosiński
fot, Cz. Czapliński

Co wtedy zrobiłeś?

Pomyślałem, że jeśli nie zdobędę Kosińskiego, który może być moim kluczem – wytrychem w Nowym Jorku, to powinienem wracać do Polski, bo na Amerykę się nie nadaję. Zarobiłem już co nieco, miałem z czym wracać. Ale nie poddałem się. Napisałem list po polsku, wiedząc, że Kiki go nie przeczyta i przekaże Kosińskiemu, po czym zostawiłem go w recepcji domu, w którym mieszkał Kosiński na 57th Street i 6th Avenue. Ledwo wróciłem do domu, zadzwonił telefon. Był to Kosiński, który zaprosił mnie na zdjęcia na następny dzień, ale powiedział, że będzie miał dla mnie piętnaście minut, ponieważ szykuje się do wyjazdu. Wziąłem moje aparaty oraz portfolio ze zdjęciami i pojechałem na umówiony kwadrans. Zostałem cały dzień. Po powrocie do domu, powiedziałem żonie, że czuję się, jakbym go znał całe życie. Tak zaczęła się nasza przyjaźń, która trwała do jego śmierci.

Ryszard Kapuściński w swoim mieszkaniu, 1987, Warszawa fot. Cz. Czapliński
Ryszard Kapuściński w swoim mieszkaniu, 1987, Warszawa
fot. Cz. Czapliński

Jak powstało twoje słynne zdjęcie Ryszarda Kapuścińskiego?

W 1986 roku miałem szczęście, ponieważ Kapuściński przyjechał na spotkanie PEN Clubu (międzynarodowe stowarzyszenie pisarzy założone w 1921 roku w Londynie przez Catherine Amy Dawson Scott w celu promowania przyjaźni, ale także nawiązywania współpracy międzynarodowej pomiędzy pisarzami z całego świata, organizacja związana z UNESCO oraz Komisją Ekonomiczno-Społeczną Narodów Zjednoczonych). Pojechałem do hotelu, w którym odbywało się spotkanie i nie wiedząc, jak on wygląda, wytypowałem niewysokiego, skromnie stojącego pod ścianą faceta. Podszedłem i spytałem, czy to on. Potwierdził. Spytałem, czy mogę zrobić zdjęcia. Odmówił. Coś tam sobie jednocześnie notował, nie zwracając na mnie uwagi.Nie usłuchałem go i zacząłem fotografować, czego zwykle nie robię bez zgody osoby fotografowanej, ale myślę, że na końcu naszego spotkania się uśmiechnął. On wrócił do Warszawy. Ja zostałem w Nowym Jorku. Wywołałem zdjęcia i powiększyłem w ciemni (był to okres, kiedy zdjęcia się robiło normalnie, na filmach, a potem powiększało w ciemni, nie było cyfrowych zapisów, inne czasy).

Ryszard Kapuściński, pisarz, Nowy Jork, 1986 fot. Cz. Czapliński
Ryszard Kapuściński, pisarz, Nowy Jork, 1986
fot. Cz. Czapliński

Co się stało z tamtymi zdjęciami?

W piśmie „Nowy Dziennik” wychodzącym w Nowym Jorku – a właściwie w jego tygodniowym kulturalnym dodatku „Przegląd Polski” – dowiedzieli się, że mam zdjęcie Kapuścińskiego. Zapytali, czy mogliby je opublikować. Wszyscy mi odradzali, po co ci to? Radzili, że gdyby to był „The New York Times”, to tak. Ja jednak stwierdziłem, że mi nic nie ubędzie i opublikowałem to zdjęcie. Po dwóch tygodniach dostaję wiadomość, że największy wydawca Random House szuka mnie, bo zobaczyli to zdjęcie i nie wyobrażają sobie nowej książki Kapuścińskiego bez tego zdjęcia. Kupili je za duże pieniądze. To zdjęcie do dziś sprzedałem kilkaset razy. Pamiętam, że pierwszy raz obciąłem je na wysokości czoła. Ktoś zapytał, dlaczego zniszczyłem zdjęcie, a ja na to, że przecież resztę można sobie wyobrazić. Powiedziano, że tak daleko nie zajdę. A to zdjęcie otworzyło mi drogę w domach wydawniczych i magazynach ilustrowanych. Dzięki temu zaprzyjaźniłem się z Kapuścińskim. Zrobiłem potem wystawę w Warszawie, w 1989 roku – w związku z obchodami 150-lecia fotografii w Zachęcie Galerii Narodowej – pt.: „Twarzą w twarz”, pokazującą portrety wybitnych Polaków i Amerykanów.

Czesław Czapliński, wystawa "Twarzą w twarz", Artur Sandauer i jego żona Erna Rosenstein. Zachęta, Narodowa Galeria Sztuki w Warszawie
Czesław Czapliński, wystawa „Twarzą w twarz”, Artur Sandauer i jego żona Erna Rosenstein. Zachęta, Narodowa Galeria Sztuki w Warszawie
Cz. Czapliński, wystawa "Twarzą w twarz", Narodowa Galeria Sztuki, Warszawa 1989
Cz. Czapliński, wystawa „Twarzą w twarz”, Narodowa Galeria Sztuki, Warszawa 1989

 

 

 

 

 

Kapuściński napisał mi wtedy cały esej, jak to z jego strony wyglądało – to, jak do niego podszedłem, jakiś facet, który robił wrażenie, jakby mu chciał coś zrobić. I chociaż nigdy się na takie rzeczy nie zgadzał, to kiedy spojrzał w moje oczy, zobaczył w nich moją determinację i dlatego nie oponował.

Ryszard Kapuściński napisał:

„Poznaliśmy się w styczniu 1986 roku, w Nowym Jorku, w czasie światowego zjazdu pisarzy, który zorganizował amerykański PEN Club. Na sali trwała dyskusja, kiedy podszedł do mnie człowiek z aparatem fotograficznym w ręku (był to Czapliński) i powiedział, że chciałby mi zrobić kilka zdjęć. Dziesiątki ludzi robiło mi zdjęcia, dlatego unikam takich sytuacji jak ognia i w pierwszym odruchu powiedziałem – nie. A jednak w tym samym momencie coś zwróciło moją uwagę w tym człowieku z aparatem w ręku. To mianowicie, że rozmawiając ze mną już pracował, już konstruował swój portret, obmyślał jego wyraz, tonację, jego formę. Dlatego w następnym zdaniu powiedziałem – zgoda. I od razu, w tym samym budynku, na korytarzu, zaczęliśmy pracować (Czapliński zrobił wówczas portret, który obiegł świat). Praca z Czaplińskim jest źródłem prawdziwej przyjemności i satysfakcji. Istnieją fotograficy, którzy uważają, że portret musi być „żywy” i że osiąga się to przez ruchliwość rysów, przez rozbiegany wzrok, przez zaskakującą gestykulację. Ci fotograficy w czasie pracy nad portretem zabawiają człowieka rozmową, opowiadają dowcipy, ciągle go o coś pytają – słowem, nieustannie rozpraszają go, nie pozwalając mu się skupić, wejść w siebie (co jest zawsze trudnym procesem psychologicznym wymagającym czasu i spokoju). Oczywiście, taki portret może być żywy, ale nie będzie w nim głębi, nie będzie tego, co aktorzy teatralni określają jako wnętrze. Do tego wnętrza trzeba się bowiem dostać, trzeba się przebić, a to można osiągnąć tylko w poważnym, wspólnym wysiłku twórcy i jego modela. I tak właśnie pracuje – a chcę tu świadomie użyć określenia tworzy – Czesław Czapliński. Jest i malarzem, i psychologiem, jest artystą uważnym i wrażliwym, jest talentem, którego owoce posiadają cechy prawdziwych owoców naszej ziemi – świeżość, soczystość i barwę”.

Wtedy to właśnie Związek Polskich Artystów Fotografików postanowił mnie przyjąć na specjalnych warunkach, bez całej zwyczajowej procedury. Ja postawiłem warunek, że na tych samych zasadach wchodzę z Kapuścińskim, ponieważ on też był fotografem, o czym oni nie wiedzieli. Tak obaj zostaliśmy członkami związku.

Ryszard Kapuściński na swojej wystawie fotografii w Warszawie, 1989 fot. Cz. Czapliński
Ryszard Kapuściński na swojej wystawie fotografii w Warszawie, 1989
fot. Cz. Czapliński

 

 

 

 

 

Masz więcej jego zdjęć?

Przygotowuję książkę o nim. Mam mnóstwo zdjęć jego, wykonanych na całym świecie. To był człowiek, który nie udzielał wywiadów w Polsce, tylko publikował fragmenty swoich książek. Nagrałem z nim wiele rozmów w Ameryce. Teraz chcę to pokazać.

Ryszard Kapuściński w swoim mieszkaniu, 1987 r., Warszawa, fot.Czesław Czapliński
Ryszard Kapuściński w swoim mieszkaniu, 1987 r., Warszawa,
fot.Czesław Czapliński
Ryszard Kapuściński w swoim mieszkaniu, 1987 r., Warszawa, fot.Czesław Czapliński
Ryszard Kapuściński w swoim mieszkaniu, 1987 r., Warszawa,
fot.Czesław Czapliński
Ryszard Kapuściński w swoim mieszkaniu, 1987 r., Warszawa, fot.Czesław Czapliński
Ryszard Kapuściński w swoim mieszkaniu, 1987 r., Warszawa,
fot.Czesław Czapliński

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kiedy ukaże się książka?

Myślę, że w przyszłym roku.

Wiem, że wydałeś w tym roku książkę o księdzu Janie Twardowskim.

W tym roku wyszły dwie moje książki o księdzu Twardowskim, bo teraz jest stulecie jego urodzin ( urodził się 1 czerwca 1915 r.). Jedną z nich prezentowaliśmy na łamach „Najlepsze z życia” w poprzednim numerze. Warto przypomnieć motto: „Można odejść na zawsze, by stale być blisko”. Druga to „Blisko ziemi, blisko nieba. Ksiądz Twardowski.” Tu są moje wspomnienia i zdjęcia. Zdecydowałem się pierwszy raz na opublikowanie mojego zdjęcia, jak przystępuję do komunii świętej. Pojechałem do Anina, do domu Aldony Kraus, lekarza okulisty i poetki, gdzie ksiądz spędzał akurat wakacyjne dwa tygodnie. Siadam przy stole i patrzę, a tam stoi krzyż, kielich, jakby szykowano się do mszy. Ksiądz Twardowski zobaczył moje spojrzenie i spytał, czy zostanę na mszy. Powiedziałem, że jestem głodny, a Aldona świetnie gotowała, zostanę więc na mszy, bo po niej będzie obiad. Ale ksiądz dalej drążył, czy wezmę udział w mszy w całości, czyli czy przyjmę komunię. Powiedziałem, że niestety dawno nie byłem u spowiedzi. Na to ksiądz Twardowski powiedział, że to nie problem i poprosił wszystkich o wyjście z pokoju. Wtedy zrozumiałem, że to nie przelewki i chce mnie wyspowiadać.

Tam, w domu?

Tak i powiem ci, że jak wszyscy wyszli, zadał mi pierwsze pytanie, które mimo tajemnicy spowiedzi myślę, że mogę powiedzieć. Spytał: „czy kogoś pan zabił?”, „Nie!” – krzyknąłem, a on się ucieszył. Kiedy spowiedź się skończyła, zadałem ks.Twardowskiemu pytanie, a co by było, gdybym kogoś zabił? Ksiądz odparł, że z każdej sytuacji jest wyjście i coś by zaradził. Takim był człowiekiem, wielkim człowiekiem.

Czesław Czapliński, ks.Jan Twardowski, Anin, fot. Ryszard Twarowski
Czesław Czapliński, ks.Jan Twardowski, Anin,
fot. Ryszard Twarowski

Jak powstało to zdjęcie?

Podczas mszy i komunii był mój przyjaciel, fotograf Ryszard Twarowski. Ks.Twardowski długo podawał mi komunię i mogło powstać to zdjęcie. Historia kołem się toczy. Zaraz po moim przyjeździe do Polski, w końcu kwietnia br., dowiedziałem się, że został mi przyznany Order Świętego Stanisława ustanowiony przez ostatniego króla Polski Stanisława Augusta dokładnie 250 lat temu w celu nagradzania osób zasłużonych dla ojczyzny. Pierwszy raz uroczystość nadania Orderu Świętego Stanisława odbyła się w Kościele Świętego Krzyża 7 maja 1765 roku. W roku Jubileuszu 250-lecia ustanowienia Orderu, 10 maja br., wmurowano w Bazylice Świętego Krzyża tablicę upamiętniającą to wydarzenie, która poświęcona została przez księdza arcybiskupa Tadeusza Gocławskiego.

Order Świętego Stanisława przyznany Czesławowi Czaplińskiemu, 10 maja 2015, Bazylika Świętego Krzyża w Warszawie
Order Świętego Stanisława przyznany Czesławowi Czaplińskiemu, 10 maja 2015, Bazylika Świętego Krzyża w Warszawie
Order Świętego Stanisława przyznany Czesławowi Czaplińskiemu, 10 maja 2015, Bazylika Świętego Krzyża w Warszawie
Order Świętego Stanisława przyznany Czesławowi Czaplińskiemu, 10 maja 2015, Bazylika Świętego Krzyża w Warszawie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Order Świętego Stanisława przyznany Czesławowi Czaplińskiemu, 10 maja 2015, Bazylika Świętego Krzyża w Warszawie
Order Świętego Stanisława przyznany Czesławowi Czaplińskiemu, 10 maja 2015, Bazylika Świętego Krzyża w Warszawie

Czy na otrzymanie Orderu Świętego Stanisława, który ustanowił król Stanisław August, twórca Łazienek Królewskich w Warszawie, ma wpływ to, co robisz w Łazienkach od lat?

Z Łazienkami związany jestem od końca lat osiemdziesiątych, kiedy zacząłem przylatywać z Nowego Jorku do Warszawy, mieszkam też nieopodal. Współpracowałem najpierw z ówczesnym dyrektorem Łazienek Królewskich, prof. Markiem Kwiatkowskim, który jest Wielkim Mistrzem Narodowej Kapituły Orderu Świętego Stanisława w Polsce. Zrobiłem z nim kilkanaście wystaw w Podchorążówce oraz rozpoczęliśmy działalność Galerii Plenerowej w Alejach Ujazdowskich. Z obecnym dyr. Tadeuszem Zielniewiczem współpracuję od pięciu lat, powstało w tym czasie kilkanaście wystaw i wiele publikacji, w tym album „Łazienki Królewskie w Warszawie – Cztery pory roku”, a także kilka filmów dokumentalnych. Dyrektor Tadeusz Zielniewicz nazywa mnie nadwornym fotografem Łazienek Królewskich. Myślę, że to wszystko miało wpływ na przyznanie mi tego zaszczytnego odznaczenia.

D053597-110113-Famous-Faces-Czaplinski-Museum-im-Schafstall-Neuenstadt-fot.Gorecki
Famous Faces Czaplinski Museum im Schafstall Neuenstadt fot.Gorecki
D053604-110113-Famous-Faces-Czaplinski-Museum-im-Schafstall-Neuenstadt-fot.Gorecki
Famous Faces Czaplinski Museum im Schafstall Neuenstadt fot.Gorecki

 

 

 

 

 

 

 

 

Czym dla ciebie jest fotografowanie?

To mój sposób na życie. Wydałem na ten temat książkę pt.: „Portrety z historią” (2013 r.), w której opisuję, jak powstały portrety m.in.: Ewy Braun, Josifa Brodskiego, Wojciecha Fangora, Janusza Głowackiego, Michaela Jacksona, Ryszarda Kapuścińskiego, Jerzego Kosińskiego, Czesława Miłosza, Romana Opałki, Agnieszki Osieckiej, Luciano Pavarottiego, Palomy Picasso, Françoise Gilot, Zbigniewa Rybczyńskiego, Wisławy Szymborskiej, Beaty Tyszkiewicz, Kurta Vonneguta, Jerzego Waldorffa, Mike’a Wallace’a, Lecha Wałęsy. Sam wybieram osobę, którą chcę fotografować, dowiaduję się o niej możliwie najwięcej, co daje mi możliwość nawiązania bliskiego kontaktu. Często pierwsze spotkanie i sesja fotograficzna są początkiem bliskiej znajomości czy przyjaźni. Aby zrobić portret, który pokaże coś więcej, niż tylko zewnętrzność, trzeba wejść w bliską relację z osobą fotografowaną.

Michael Jackson fot. Cz. Czapliński
Michael Jackson
fot. Cz. Czapliński
Ewa Braun fot. Cz. Czapliński
Ewa Braun
fot. Cz. Czapliński
Janusz Głowacki fot. Cz. Czapliński
Janusz Głowacki
fot. Cz. Czapliński
Paloma Picasso fot, Cz. Czapliński
Paloma Picasso
fot, Cz. Czapliński
Agnieszka Osiecka fot, Cz. Czapliński
Agnieszka Osiecka
fot, Cz. Czapliński
Lech Wałęsa fot. Cz. Czapliński
Lech Wałęsa
fot. Cz. Czapliński
Beata Tyszkiewicz fot. Cz. Czapliński
Beata Tyszkiewicz
fot. Cz. Czapliński
Wojciech Fangor fot. Cz. Czapliński
Wojciech Fangor
fot. Cz. Czapliński
Josif Brodski fot. Cz. Czapliński
Josif Brodski
fot. Cz. Czapliński
Jerzy Waldorff fot. Cz. Czapliński
Jerzy Waldorff
fot. Cz. Czapliński
Catherine Deneuve fot. Cz. Czapliński
Catherine Deneuve
fot. Cz. Czapliński
Mike Wallace fot. Cz. Czapliński
Mike Wallace
fot. Cz. Czapliński
Luciano Pavarotti fot, Cz. Czapliński
Luciano Pavarotti
fot, Cz. Czapliński
Francoise Gilot fot. Cz. Czapliński
Francoise Gilot
fot. Cz. Czapliński

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A z jakim najbogatszym człowiekiem miałeś okazję pracować?

W Ameryce fotografowałem wielu multimilionerów, że wspomnę Billa Gatesa, Davida Rockefellera, Forbesa… W Polsce najbogatszym człowiekiem, jakiemu robiłem zdjęcia, był Jan Kulczyk. Od 1985 roku, kiedy dostałem obywatelstwo amerykańskie, mogłem już spokojnie przyjeżdżać do Polski. Proponowano mi zrzeczenie się polskiego obywatelstwa, aby mieć pewność, że nie będę miał w Polsce kłopotów, jak przyjadę w latach osiemdziesiątych, ale tego nie zrobiłem. Urodziłem się w Polsce i nie chciałem rezygnować z tego, co jest moim pochodzeniem. Po kilku przesłuchaniach zostawiono mnie w spokoju, potem był Okrągły Stół i problemy się skończyły. Był rok 1995. Legandarna naczelna „Twojego Stylu”, Krysia Kaszuba, zamówiła u mnie sesję „Polacy ’95 Galeria Portretu” na dziesięć kolumn, zapewniając mi możliwość publikowania zdjęć na całej stronie. Mieliśmy problem, kogo prezentować ze świata biznesu, bo co kogoś wybraliśmy, zaraz okazywało się, że zostaje aresztowany. To był czas powstawania niejasnych fortun, dziwnych przekrętów… Wtedy wpadłem na pomysł: dr Kulczyk. Drugie pokolenie, od ojca dostał milion dolarów, wielka wiedza, kultura osobista, klasa.

Znałeś go wcześniej?

Nie. Po aprobacie naczelnej umówiłem się z nim w jego biurze. Dr Kulczyk przyjął mnie nienagannie ubrany… Krawat, garnitur… A ja już wiedziałem, że nie chcę go takiego. Takiego wszyscy znają. Postanowiłem, że muszę go mieć „na sportowo”. Pytam, czy to możliwe, a on, że jeśli będzie miało to sens, to tak. Zaproponowałem jako „rekwizyt” rower. Kulczyk się ucieszył się i nawet mi opowiedział zabawną historię sprzed kilku lat. Miał wówczas salony Volkswagena i będąc w jednym z nich w Poznaniu, spytał kierownika, jak idzie sprzedaż. „Słabo” – odpowiedział kierownik. Wtedy Kulczyk wpadł na pomysł. W ofercie Volkswagena mieli nowość, uchwyty na samochód do przewożenia rowerów. Zaproponował szefowi salonu, aby je zamontował, a z jego prywatnego garażu wziął rowery, żeby pokazać klientom, jak to wygląda. Po jakimś czasie wraca Kulczyk do tego salonu i pyta, jak sprzedaż? Szef sklepu na to, że wszyscy pytają o rowery. Wtedy Kulczyk zadzwonił do żony, żeby sprowadzić 2, 3 kontenery rowerów.

Jan Kulczyk fot, Cz. Czapliński
Jan Kulczyk
fot, Cz. Czapliński

 

 

 

 

Zaprzyjaźniliście się? Jaki to człowiek, tak prywatnie?

Tak, bardzo sobie cenię tę znajomość. To wyjątkowy człowiek. Wielka kultura. Chciałbym, żeby wszyscy ludzie, którzy mają takie pieniądze jak on, byli tacy. Potem robiłem mu zdjęcia wielokrotnie, nawet na Sardynii. Na skuterze wodnym…

Czy masz czas na życie prywatne?

Nie jestem celebrytą, więc dla mnie życie prywatne jest naprawdę prywatne. Mam żonę i syna, który niedawno skończył studia o specjalizacji Interactive Multimedia w Ameryce. Ma już na swoim koncie kilka prezentacji multimedialnych, w tym „Śladami Einsteina w Princeton University”, gdzie Einstein mieszkał i pracował 22 lata, a także Kantora.

Tadeusza Kantora?

Tadeusz Kantor, 1982, Nowy Jork fot, Cz. Czapliński
Tadeusz Kantor, 1982, Nowy Jork
fot, Cz. Czapliński

 

 

 

 

 

 

 

 

Tak, użył do tego moich zdjęć Tadeusza Kantora. To był 1982 rok. Kantor przyjechał do Nowego Jorku, do teatru La MaMa ETC. To awangardowy teatr, który mieści się na Off-off-Broadway. Dowiedziałem się, że Kantor tam przyjeżdża i postanowiłem zrobić mu zdjęcia. Nie miałem żadnych znajomości. Przebrnąłem przez Amerykanów, ale zatrzymał mnie Krzysztof Miklaszewski. Pyta, o co panu chodzi? A ja na to, że zdjęcia chcę zrobić. Aaa, to źle pan trafił, mówi, bo Kantor przegonił już dwie ekipy, w tym Amerykanów. Skłamałem, że wczoraj przyjechałem specjalnie po to do Nowego Jorku, więc mnie wpuścił, ale na moją, jak twierdził, odpowiedzialność. Uprzedził, że Kantor potrafi rzucić przedmiotami w natrętów i aby zapewnić mi drogę ucieczki, zostawił uchylone drzwi, żeby smużka światła doprowadziła mnie do wyjścia. Ten teatr wygląda tak, że widownia jest połączona ze sceną. Schodzę na dół, a Kantor siedzi w pierwszym rzędzie na widowni. Coś czyta, ubrany jest na czarno, biała koszula, wykrochmalona, kołnierzyk wywinięty w rulon. Rewelacja, facet jak z innej epoki. Pomyślałem, jak można z niego robić takiego gbura? Rzucił okiem na mnie, a ja stoję z torbą, aparat schowany. Nic nie wyjmuję. Przy drugim spojrzeniu mówię: „Dzień dobry”. A on: „Boże , pan mówi po polsku?!”, „Tak”. I odetchnąłem. A on: „Niech pan sobie wyobrazi, przyszli do mnie i po angielsku do mnie mówili. Francuski, polski, proszę bardzo… Ale nie angielski?!”. Pozwolił mi zrobić zdjęcia, rzucając: „Niech pan robi”. Każdy by wyjął aparat i by robił, ale ja popatrzyłem i powiedziałem: „ale pan wie, gdzie pan siedzi?”. „Na fotelu”, odparł. „A wie pan, co za panem jest?” – spytałem. „Widownia” – odpowiedział przytomnie. „No tak, a ja bym chciał na scenie, tam są krzyże, tam jest pan” „A, to gdzie?”, Wtedy ja, żeby mu pokazać, wziąłem go za rękę, poprowadziłem choleryka, który nie znosił, jak mu ktoś mówił, co ma robić. Miklaszewski i inni nie wierzyli w to, co widzieli. Zrobiłem w czterdzieści minut całą serię zdjęć. Wysłałem do Krakowa i za trzy lata znowu przyjechał. Tym razem ze sztuką „Niech szczęzną artyści”. Przychodzę, idę na ostro. To był czas, gdy nie było telefonów komórkowych, listy się pisało i tygodniami czekało na odpowiedź. Nie miałem z Kantorem kontaktu od pierwszego spotkania trzy lata wcześniej. Nie było internetu, to nie była taka bajka jak teraz. Idę do teatru La MaMa, myślę, przypomni mnie sobie czy nie? Pamiętał mnie i od razu zaczął rozmowę. „Jak pan wtedy robił zdjęcia, migawki aparatu prawie nie było słychać” – używałem aparatu Leica. I dodaje: „Mam pomysł”. Ja przychodzę, a on ma już pomysł. „Jak będzie wieczore przedstawienie, to ja będę chodził po scenie i poprawiał, aktorzy cały czas inaczej grają niż powinni i ja muszę z nimi być, wtedy wejdziemy razem i pan będzie robił zdjęcia” – wyrzucił z siebie jednym tchem. Marzenie, wejść z Kantorem na scenę podczas spektaklu… Zrobiłem wtedy najbardziej genialne zdjęcia z możliwych, ale w przerwie poszedłem posłuchać, co mówią ludzie. A tam, za kulisami, wrzało od zachwytów, że dwóch ludzi, w tym reżyser, chodzi po scenie podczas spektaklu. Ludzie zapłacili po 35 czy 50 dolarów, to niemałe pieniądze. Bilety sprzedane kilka miesięcy naprzód, a oni: „Boże, co nam się przytrafiło, wnukom będziemy opowiadać, sam mistrz był na scenie”. Idę i myślę, jakby to było w Polsce, pamiętałem sprzed lat. W Polsce to byłoby to przyjęte tak, stary dziad, który już dawno nie powinien być w teatrze, nie przygotował spektaklu, my zapłaciliśmy, a on łazi z jakimś fagasem po scenie i przeszkadza nam, a my tu płacimy. I tak jest do dziś w Polsce. Krytyka, wielka fala krytyki. A on był poważnym gościem, który uważał, że do ostatniego momentu należy coś poprawiać. Zaprosił mnie do Krakowa, odwiedziłem go we wrześniu 1989 roku. Pojechałem ze znajomym – Adamem Bujakiem, fotografem Papieża Jana Pawła II. Były tam dekoracje z różnych przedstawień. Zrobiłem zdjęcia i nagrałem rozmowę. Spytałem go kontrowersyjnie: „Mistrzu, wszyscy mówią, że pan tylko wyjeżdża za granicę, a Polskę stawia na ostatnim miejscu?”. A on popatrzył, przeciął mnie wzrokiem na pół i krzyknął wręcz: „Co pan takie rzeczy? Florencja, Mediolan i Nowy Jork to tylko dlatego, że w Polsce mnie nikt nie zaprasza, gdyby nie te kraje, nie zrobiłbym żadnej swojej sztuki”. Udzielił mi niewyobrażalnego wywiadu, który ukazał się Nowym Jorku w 1990 roku pt.: „Życie pod prąd”. Zmarł w grudniu 1990 roku, to był jego ostatni poważny wywiad przed śmiercią. Kantor mówi coś, co dzisiaj ma wielkie znaczenie, że teatr to dla niego odskocznia, a najważniejsze było malarstwo: „Nigdy nie miałem zamiaru podróżować. Zawsze kiedy pakuję walizki, przeklinam jedną z moich teorii: życie i sztuka to podróż. Lubię siedzieć na miejscu. Nigdy również nie chciałem być człowiekiem teatru. Byłem malarzem. Jako malarz chciałem zrobić karierę. Może zrobiłem, nie wiem. Jako człowiek teatru – nie. Wyjawiłem intymną stronę mojego życia: chciałem zrobić karierę jako malarz. To tkwiło w moich działaniach. Pojechałem do Paryża, gdzie miałem dwie wystawy, trzecią w Nowym Jorku i tam zaczęła się kariera. Po czym w 1965 r. mój marszand, wielki milioner, musiał uciekać do Ameryki Południowej i na tym na szczęście moja kariera się zakończyła. Od tego czasu maluję już tylko dla siebie. Jeśli chodzi o teatr, to nigdy mi przez głowę nie przeszło, że będę robił karierę jako reżyser. To jest moje hobby, moja najbardziej intymna sprawa i dlatego pierwsze spektakle: „Mątwa”, „Wariat i zakonnice”, „W małym dworku” były moją prywatną działalnością. Robiłem je w Krzysztoforach, w takiej dziurze i nigdy mi do głowy nie przyszło, że wyjedziemy z tym gdziekolwiek. Ostatnio napisałem, że istnieje powszechna historia teatru i prywatna historia teatru. Ja należę do mojej osobistej, prywatnej historii teatru, a że ona stała się powszechna, to już nie był mój zamiar. Jestem jednym z niewielu, którzy z premedytacją nie robią w teatrze kariery i z tego powody teatr się stacza. To był jeden z punktów podchwyconych na sympozjum w Paryżu. Prezydium złożone z najwyższych autorytetów naukowych było szalenie godne, jednak dla mnie bardziej interesująca była sala przepełniona młodzieżą, która często krzyczała: „przestańcie mówić, my byśmy z nim chcieli pogadać prywatnie”. Młodzież uważała, że mógłbym ją czegoś nauczyć. Powiedziałem, że szkoły nie będę otwierał, ale gdyby należeli do kręgu aktorów teatru Cricot 2, to może i czegoś by się nauczyli. Nie wiem, czy to przydałoby się im w życiu i w robieniu kariery…”.

Tadeusz Kantor, 100 x 150. Kolekcja Sławek Górecki
Tadeusz Kantor, 100 x 150.
Kolekcja Sławek Górecki

Masz zdjęcia jego obrazów?

Tak, mam je. Ale należy pamiętać, że obecny rok również jest ogłoszony przez UNESCO rokiem Tadeusza Kantora. Urodził się w kwietniu 1915 roku. Z tej okazji w Galerii Stalowa w Warszawie w maju odbyła się moja wystawa „Tadeusz Kantor in Memoriam”, w czerwcu będzie w Zamościu, w lipcu wraca do Warszawy, potem pewnie pojedzie do Europy, aby znaleźć się wreszcie w Nowym Jorku.

Wiem, że fotografia to nie jest jedyna twoja pasja?

Oprócz fotografii zajmuję się filmem i pisaniem, robię filmy dokumentalne. W tamtym roku zrobiłem film o prof. Marku Kwiatkowskim, który był dyrektorem Łazienek przez 48 lat… Wielki dorobek. Ten film zgłosiłem na festiwal EDUKINO w Muzeum Narodowym w Warszawie, zdobył Złotego Kopernika. Drugi raz zdobyłem ten tytuł, bo pierwszy za Jeziorańskiego jako kolekcjonera dzieł sztuki. Łącznie zrobiłem 10 filmów. Teraz robię film o Oldze Boznańskiej, współpracując z Ewą Bobrowską z Paryża, największą ekspertką od Boznańskiej.

Czy miałeś jakiś autorytet? Szukałeś swojego mistrza?

Tak, jednym jest fotograf Benedyk Jerzy Dorys (1901-1990), najdroższy fotograf przed wojną, zwany fotografem elit. Żyd, który przeprowadzając się z Kalisza do Warszawy, zmienił nazwisko z Rottenberg na Dorys. To on mi podpisał ankietę do Związku Polskich Artystów Fotografików (ZPAF), a moje portrety uznał za porównywalne do jego. „Osiągnął pan [Czapliński] umiejętność fotografowania prostoty. To jest najtrudniejsze. Pana portrety są zupełnie pozbawione jakichkolwiek efektów. To, co ja najbardziej cenię i do czego dochodzi się po wielu latach” – Benedykt Jerzy Dorys, fotograf. Drugi to Edward Hartwig (1909-2003), genialny fotograf, który do końca życia był awangardowy. To mój drugi polecający mnie do związku mistrz. Wracając do Dorysa, który zmarł w 1990 roku. Zrobiłem w 2007 roku wystawę pt. ARTYŚCI w Muzeum Narodowym w Warszawie, gdzie m.in. pokazałem zdjęcia tej samej osoby, fotografowanej przez mnie i Dorysa w odstępach kilkudziesięciu lat. Dorys przed wojną miał studio na Alejach Jerozolimskich, był najdroższym fotografem. Dał mi radę na całe moje życie. Powiedział: „Jednym pana zdjęcia się będą podobały, innym nie. Niech pan będzie najdroższym fotografem, tak jak ja zrobiłem przed wojną”. Tak zrobiłem, na początku myślałem, że będzie klapa. Dałem zaporowe ceny. Nudziarze, którzy kręcili się koło mnie, raptem odpadli. I to mi zaprocentowało. Wtedy jeszcze mocniej się zainteresowałem Dorysem. Zacząłem drążyć jego biografię i okazało się, że kupił jeden z pierwszych aparatów 35 mm Leica w 1930 roku. Wtedy cała bogata Warszawa na lato wyjeżdżała do Kazimierza nad Wisłą. Na miesiąc czy dwa. On też, był przecież dobrze sytuowany.

Pracował tam?

Wszyscy siedzieli w kawiarni, wypoczywali, a on z Leica, małym aparatem jak na tamte czasy, chodził po mieście. Wtedy 70% mieszkańców to była biedota, Żydzi. Po powrocie do Warszawy wywołał te zdjęcia i odłożył do archiwum. Przed wojną nikomu ich nie pokazał. Jak wybuchała wojna i w Warszawie powstało getto, przyszedł do jego studia młody facet. Powiedział, że wie, jak on się naprawdę nazywa i proponuje, aby razem pracowali, czyli aby Dorys podzielił się z nim majątkiem. Dorys, czyli Rottenberg, odpowiedział, że czekał na takiego faceta jak on całe życie i zaprosił na drugi dzień koło południa, obiecał mu, że podzieli się studiem i będą razem pracować. Przez ten czas, jaki zyskał, zakopał wszystkie negatywy i poszedł do getta. Z własnej woli.

Przeżył?

Tak, przeżył. Uratowała go Polka, negatywy też przetrwały. Była wystawa tych zdjęć w latach 60., mała. Dlatego z szacunku do niego i w imię mojej o nim pamięci zrobiłem mu wystawę w synagodze w Kazimierzu nad Wisłą. Była to wielka, wzruszająca i poruszająca wystawa. Uważam, że te zdjęcia to pierwszy na świecie, a nie tylko w Polsce, prawdziwy reportaż. Gdyby to przeprowadzić w skali światowej, to musiałoby się zmienić w historię fotografii na świecie.

Najlepsze w życiu to?

Kluczowa rzecz, żeby robić to, co się kocha. A często nie jest to łatwe. Na prawdziwy sukces trzeba czekać, bywa i wiele lat. Ważny jest czas… Mam zdjęcia sprzed czterdziestu i więcej lat, archiwizuję je, dodaję film. Mam zapisy głosu Jerzego Kosińskiego, nagrane 30 lat temu. Przygotowuję sztukę pt.: „Przejścia nie ma”, która opowiada o ostatnim dniu życia Jerzego Kosińskiego, podłożony będzie oryginalny głos Kosińskiego. Wybitny pisarz popełnił samobójstwo (w przyszłym roku będzie 25. rocznica), ale ta sztuka nie wyjaśnia, a nawet nie ma takiego zamiaru, przyczyny śmierci.

Twoje sesje są dla ciebie…

Początkiem znajomości, a często przyjaźni. Jak się robi zdjęcie, takie prawdziwe, nie wymyślone, musi być kontakt z drugą osobą. To jak spowiedź, gdy musimy się naprawdę otworzyć.

A masz zarzuty, że Czapliński świeci światłem odbitym od gwiazd, które fotografował?

Muszę powiedzieć, że na początku, kiedy zacząłem fotografować wybitne osoby w Ameryce, myślałem, że jak uda mi się sfotografować, to już będzie sukces. Trzeba wiedzieć, że w Ameryce znane osoby są otoczone agentami, ochroną… Są także najczęściej fotografowane i trzeba znaleźć pomysł, aby zdjęcie było jedyne w swoim rodzaju. Pamiętam jak miałem fotografować Jacka Kuronia, który często chodził w dżinsowej koszuli, z czego był znany. Pomyślałem sobie, a jakby tak Kuronia przebrać w smoking? Kiedy znalazłem się w jego mieszkaniu na Żoliborzu, siedząc naprzeciwko niego, powiedziałem, że mam pomysł, jak bym chciał go sfotografować. „Niech pan powie, jaki” – odparł Kuroń. „Nie wiem, czy pan się zgodzi, ale chciałbym pana zrobić w smokingu”. „To ciekawe”, powiedział Kuroń, „słyszałem, że w smokingu wygląda się dobrze w trzecim pokoleniu”. „Czy zgadza się pan na mój pomysł?”. „Dobrze, ale zrobimy to zdjęcie na moim podwórku, przy trzepaku”. Tak też się stało. To, czego na zdjęciu nie widać, to sąsiedzi Kuronia, którzy wyglądali przez okna i machali do niego.

Jacek Kuroń, 1994, Warszawa fot, Cz. Czapliński
Jacek Kuroń, 1994, Warszawa
fot, Cz. czapliński

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułKobiety PRL-u
Następny artykułNiemożliwe nie istnieje

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here