Człowiek bez marzeń jest jak drzewo bez kory

0
1499

Z Jolantą Popiołek rozmawia Katarzyna Czajka

Katarzyna Czajka:Wyjechałaś z Polski do Niemiec, bo nasłuchałaś się, że pieniądze leżą na ulicy, czy raczej miałaś upatrzone jakieś konkretne zajęcie?

Jolanta Popiołek: Dosyć często o tym mówiłam, że wielu naszych rodaków wyjeżdża za granicę, uważając, że pieniądze leżą na ulicy. Ale niestety, trzeba się nachodzić… (śmiech). Przyjechałam do Niemiec w momencie, kiedy Polacy nie mogli już liczyć na otrzymanie statusu uchodźcy. Skazana byłam sama na siebie, na radzenie sobie we własnym zakresie, co zawsze było moją domeną. Już od dzieciństwa radziłam sobie doskonale.

Nie mogłam liczyć na pomoc socjalną, nie mogłam kształcić się w szkole, gdzie miasto opłacałoby mi naukę, nie miałam ubezpieczenia, nie miałam nic. A najgorszy był fakt, że co 3 miesiące musiałam wtedy wracać do Polski. Takie były czasy, żeby legalnie przebywać na terenie Niemiec, musiałam mieć ważny stempel w paszporcie. Początki nie były łatwe, brak znajomości języka powodował, że musiałam zaczynać jak każdy szarak, podejmując się pracy jako pomoc domowa. Ale nie tylko ja, tak zaczynało wielu naszych rodaków: lekarzy, prawników, informatyków. Brak znajomości języka niemieckiego był barierą nie do przeskoczenia. Pracując jako pomoc domowa, miałam możliwości nauki i szlifowania tego, tak ciężkiego i jak bardzo istotnego w danym kraju języka. W tym okresie poznałam doskonale topografię miasta. Dostałam szkołę życia, bo codziennie dostawałam inną lekcję i to nieraz z najgorszej strony.

Fot. Michał Czajka
Fot. Michał Czajka

Do tego przecież w Polsce została twoja córka i mąż.

Kiedy wyjeżdżałam z Polski, moja córka chodziła do 7 klasy. Chciałam, żeby po ukończeniu szkoły podstawowej przyjechała do mnie wraz z moim mężem. Niestety, on miał w Polsce dobrą pracę i nie skorzystał z mojej propozycji. Duże znaczenie miał też fakt, że oddaliliśmy się od siebie. Córka chciała pozostać w polskiej szkole. I tak zostałam sama – to była cena mojej emigracji.

 

W tej chwili do Polski przyjeżdżają ludzie ze Wschodu, którzy również nie znają języka. Osoby z wyższym wykształceniem tutaj w Polsce też głównie zaczynają od sprzątania. To chyba nic wstydliwego, jeśli emigruje się za chlebem?

Uważam, że żadna praca nie hańbi. Zdecydowanie wolałam sprzątać, niż kraść czy pracować jako prostytutka. Tak z dwojga złego wybrałam jednak to, gdzie czułam się spokojna. Nie pozbawiło mnie to godności osobistej, mimo, że w Polsce pracowałam jako elektronik, a później w biurze podróży. Traktowałam swoją pracę jako kolejne wyzwanie, bo tak naprawdę w Niemczech nauczyłam się nowego życia, szanowania pieniędzy i tolerancji. Zawsze powtarzam, że to nie wstyd, to praca jak każda inna. Poznałam nowe obyczaje.

Niemiecki porządek, jest takie powiedzenie…

Powiedzenie niemieckie „Ordnung muss sein” to wyłącznie powiedzenie. Krótko mówiąc, to tylko stereotyp. Każdy Niemiec kocha porządek i dobrą organizację, ale dotyczy to również wielu innych narodów. I nas Polaków… (śmiech).

Świat się zmienia, teraz do Polski ludzie przyjeżdżają za chlebem. Co myślisz na temat przyjęcia przez Polskę uchodźców z Syrii?

Moim zdaniem dziś najważniejszym problemem cywilizacyjnym Polski jest tragiczny brak przygotowania na przyjazd emigrantów. Nie tylko państwa, również społeczeństwa. W Polsce jest niesamowite bezrobocie, w Polsce Polak nie może znaleźć pracy. Wykształcone osoby wyjeżdżają  za granicę w pogoni za lepszym bytem. Jak Polska chce zapewnić stabilizację ludziom, którzy przyjadą z pustymi kieszeniami, którym trzeba będzie zapewnić mieszkania, opiekę socjalną, opiekę lekarską, wszystko od podstaw? Tutaj podkreślę kolosalną różnicę gospodarczą pomiędzy Niemcami a Polską. Niemcy mogą sobie na to pozwolić, natomiast Polska, Polacy nie.

Fot. Michał Czajka
Fot. Michał Czajka

 A może właśnie dlatego, że my kiedyś wyjeżdżaliśmy za chlebem, to przyszedł czas, że to my powinniśmy przyjąć tych, którzy teraz idą za chlebem i za wolnością?

Z tego punktu widzenia powinno tak być. Ale czy jesteśmy gotowi na podjęcie tego kroku i związane z tym ryzyko? Uważam, że na uchodźców mogą sobie pozwolić kraje, które rzeczywiście stać na pomoc socjalną i inne rzeczy, które są potrzebne osobom przybywającym do danego kraju. Niestety w Polsce nie ma domów dla uchodźców, nie ma warunków. Aby te warunki stworzyć, trzeba mieć pieniądze, a jak mi wiadomo Polska takich środków nie posiada. Nie ma ich nawet dla swoich obywateli.

Powinny być przyjęte jakieś rozwiązania systemowe przez Unię?

Oczywiście, że powinny, ale podejrzewam, że Unia nie jest w stanie w tym momencie rozwiązać tego problemu systemowo. Zapewne prowadzone są rozmowy, ale to wszystko trwa, i czas ucieka. Wiemy doskonale, iż sytuacja Polaków nie jest stabilna. Kraj kształci młodych ludzi, a ci uciekają za granicę.

Kiedyś w Polsce po ukończeniu studiów państwowych taki absolwent musiał odpracować we wskazanym miejscu swoją naukę. Nie sądzisz, że państwo powinno rozwiązać jakoś ten problem, problem wyjazdu młodych, wykształconych ludzi, którzy zaraz po studiach opuszczają nasz kraj i pomnażają dochód narodowy innego państwa?

Oczywiście, że tak. Główny problem polega na tym, że osoby kończące studia nie mogą znaleźć odpowiedniej pracy, dlatego decydują się na wyjazd! Wielu z nich również ciekawych jest świata, innych kultur i chce przeżyć przygodę życia. Największymi skupiskami Polaków w Europie są Niemcy i Anglia, tam znajdują pracę i to za większe pieniądze.

Za czym najbardziej tęsknisz, czego ci brakuje w Niemczech, właśnie w dobrobycie?

Tęskni się za wszystkim: swobodą bycia, swobodą poruszania, przede wszystkim za rodziną, przyjaciółmi, zwyczajami, ale też wartościami (np. typową polską gościnnością), za ulubionymi produktami. W Polsce przeżyłam swoje dzieciństwo i młodość i chociażby z tego powodu te wspomnienia darzę szczególnym sentymentem. Sytuacje stwarzamy sobie sami, pamiętam czasy, kiedy wpadałam do koleżanki czy sąsiadki na lampkę wina. Tutaj bez zapowiedzi można pocałować wyłącznie klamkę.

To ja obalę ten mit. Ty, jak przyjeżdżasz do Polski, jesteś gościem i dlatego nie masz gonitwy, bo tutaj nie pracujesz. Ludzie, z którymi się spotykasz, poświęcają ci czas i właśnie w tym momencie starają się mieć ten czas tylko dla ciebie. Ale jak tylko kończy się twoja wizyta, to gonią i nadrabiają wszystko. U nas teraz też trzeba się umawiać na spotkania. Ludzie są tak bardzo zagonieni, że nie siedzą w domu. W czasach, gdy tak popularne są telefony komórkowe, nikt nie odważyłby wpaść do kogoś bez zapowiedzenia. Każdy ma swoje sprawy i nimi jest pochłonięty. Czego ci jeszcze brakuje?

Brakuje mi też kultury, naszej kultury. Nie twierdzę jednak, że tutaj nic się nie dzieje! Przeciwnie, jest masę imprez kulturalnych. Mnie brakuje tej naszej polskości. W Hamburgu jest bardzo mało imprez polonijnych. Polonia nie trzyma się razem, nie licząc spotkań związanych z kościołem. Polski teatr przyjeżdża do nas trzy razy w roku, kino raz w miesiącu. Nie ma wystaw, takiego wspólnego spędzania czasu, zwykłego wspierania się. Brakuje mi folkloru, zespołów ludowych.

Imprezy odbywają się w piątki i w soboty, a w tygodniu tylko praca i dom. Naturalnie czas mój pochłaniają mi również spotkania z moimi ukochanymi wnukami Nikolą 12 lat i Ricardem 4 lata, dzięki Bogu mieszkającymi w Hamburgu (śmiech).

Fot. Michał Czajka
Fot. Michał Czajka

Ilu jest Polaków w Hamburgu?

Zarejestrowanych jest ponad 100 tys. To osoby, które mają meldunek albo założone firmy. Z całą pewnością jest nas tu jednak dużo więcej, nie każdy jest tu oficjalnie. Stara Polonia trzyma się razem. Główne skupisko jest w kościele. Hamburg jest miastem posiadającym również Konsulat Generalny, w którym ostatnio nastąpiły zmiany. Nasze poniedziałkowe spotkania z Polonią, odbywające się raz w miesiącu, promujące artystów z naszego regionu, zostały zawieszone, a w zamian położono nacisk na imprezy o wysokim standardzie. Przedtem ludzie mieli kontakt ze sobą, natomiast teraz promowaniem tzw. wysokiej kultury nie scalimy Polonii.

Należy dbać o polską tradycję i poprzez kulturę integrować ludzi. Kocham twórczość Fryderyka Chopina, ale to chyba nie wszystko, co stanowi polską kulturę. Ludzie potrzebują się wspólnie pośmiać, porozmawiać, wyluzować. Niepokojące jest to, że Polonia dzieli się na Polonię polską i niemiecką.

Co to jest Polonia Niemiecka?

Kiedyś usłyszałam, że gazeta wydawana w języku polskim nie jest dla Polonii niemieckiej! Polonia niemiecka są to osoby, które przyjechały jakieś 50 lat temu, ci którzy mają obywatelstwo niemieckie. Osoby, które nie mają obywatelstwa, a tylko tutaj mieszkają i pracują, to Polonia polska. I tak zostaliśmy podzieleni na dwie Polonie w jednym kraju. Nie przekonało mnie to, uważam zdecydowanie że Polonia jest jedna.

Czy są inne regiony Niemiec, gdzie Polonia trzyma się razem?

W innych regionach oczywiście, że Polonia się trzyma razem. To w dużym stopniu zależy też od samych ludzi. Przykładem może być Polska Restauracja Gdańska w Oberhausen. Byłam tam na ich 15-leciu i podziwiałam, jak ci ludzie potrafią się tam zrzeszyć i wspólnie działać. Często zadaję sobie pytanie, dlaczego w Zagłębiu Ruhry Polonia potrafi współpracować, a tu w Hamburgu nie?

A może to nie tylko wina konsulatu, że Polonia jest rozproszona. Może to ludzie nie potrafią przyznać się do polskości i nie chcą się jednoczyć?

Trudno powiedzieć, ale powinniśmy trzymać się razem. Niemcy są bardzo tutaj uczuleni na Polaków, opowiadają sobie o nas kawały typu: „Jedź na urlop do Polski, twój samochód już tam jest”. To przykre. Drugim niemiłym motywem są polskie prostytutki pracujące w Hamburgu. Takie sprawy nam nie pomagają, dlatego powinniśmy pokazywać pozytywne aspekty naszego życia, pokazywać Polskę pozytywną. Pokazywać naszą kulturę i tradycję, zwykłych Polaków, którzy radzą sobie w biznesie i w innych dziedzinach.

Ale też trochę zawiniły media. Pokazywanie tylko rzeczy negatywnych, a nie chwalenie się tym, co jest godne naśladowania, zrobiło swoje. 

Zgadza się. Ale media to ludzie, tacy sami jak inni obywatele każdego narodu. Powinniśmy szanować się nawzajem, pomagać sobie. A my kopiemy dołki, jesteśmy zawistni, zaborczy, zazdrośni. Nie potrafimy się szanować, to jak mamy wymagać tego od innych narodów? Jest powiedzenie „Polak Polakowi za granicą wilkiem”.

Fot. Michał Czajka
Fot. Michał Czajka

 Ale dlaczego? Bo może musi walczyć o siebie, o swoją rodzinę?

Każdy walczy, czy to Polak, czy Niemiec, wszyscy walczą o przetrwanie, o przeżycie. Każdy walczy o to, co najlepsze dla siebie, rodziny. Polacy nie pomagają sobie za granicą i jest to bardzo powszechne na całym świecie.

Jak radziłaś sobie z samotnością?

Miałam taki ciężki okres w swoim życiu, gdy czułam się bardzo samotna i byłam tym zmęczona.  Stwierdziłam, że muszę gdzieś wyjechać… i wyjechałam do mojej przyjaciółki na półtora miesiąca do Kanady. W tym okresie w moim mieszkaniu zostały dwie dziewczyny z Polski, jedna z nich pracowała w moich miejscach pracy. Pewnej nocy zrobiły sobie rozrywkę, jeżdżąc motorynką po osiedlu, a mieszkańcy z powodu zakłócania ciszy nocnej zadzwonili na policję. Wszystko byłoby w miarę dobrze, gdyby nie fakt, że następnego dnia po zajściu były śledzone przez policję. Takim sposobem zostały przyłapane na pracy wykonywanej na czarno. W efekcie straciłam mieszkanie i pracę, bo nikt już potem nie chciał ze mną współpracować po takich przeżyciach.

Zanim jednak wyjechałam do Kanady, poznałam pewnego Niemca. Po powrocie wraz z koleżanką zamieszkałyśmy u niego i tak przetrwałyśmy kolejne dwa lata. Po jej wyjeździe znowu zostałam sama i niespokojna o mój byt w Niemczech. Wtedy nie byliśmy w Unii i taki pobyt był nielegalny.

Gdy przeszłaś już ten najgorszy etap adaptacji, udało ci się doprowadzić do przyjazdu córki?

Oczywiście, że tak! Przyjechała 11 lat temu, przywożąc ze sobą swoją córeczkę. Byłyśmy we trójkę i był to najpiękniejszy okres mojego życia. Bardzo tęskniłam za córką, jednak ta odległość powodowała, że nie widywałyśmy się zbyt często. Od tamtego momentu moje życie nabrało innego wymiaru. Już nie musiałam tak ciężko pracować, żeby rekompensować córce brak mamy. Mój były mąż dobrze zarabiał, ale ja i tak chciałam dla swojej córki wszystkiego, co najlepsze. Gdy przyjechała do Niemiec, musiała zostać pod moją kuratelą, podjęła legalną pracę, a wnuczka została przyjęta do przedszkola. Pomógł nam bardzo urzędnik z ratusza, tak bezinteresownie, po ludzku. Jestem mu bardzo wdzięczna i będę to zawsze pamiętać. Wtedy zaczęłam się rozglądać za czymś innym, czymś, co sprawiałoby mi przyjemność i odzwierciedlało moją osobowość.

Za nową pracą?

Rozpoczęłam swoją działalność gospodarczą, ale trwało to krótko, bo pomysł i ludzie nie byli odpowiedni. Na szczęście poznałam aktualnych współpracowników i wtedy padła propozycja utworzenia miesięcznika informacyjnego dla Polonii „Gazeta Rynek”. Wydawaliśmy ją przez 4 lata, aktualnie to portal redagowany społecznie, nie ma u nas etatów ani honorariów. Chciałabym zaprosić do współpracy kolejne osoby, które są zainteresowane promowaniem polskiej i polonijnej kultury w Niemczech.

Głównym jednak naszym atutem jest książka branżowa „Żółte Strony”, która wychodzi raz w roku. Ogłaszają się w niej firmy z Niemiec, począwszy od lekarzy, adwokatów, fryzjerów po warsztaty samochodowe i inne. To taki odpowiednik polskiej książki „Panorama Firm”, która również skierowana jest do firm polskich, chcących zaistnieć na niemieckim rynku. Mamy niskie i stabilne ceny reklam w broszurze, duży i solidny nakład. Aktualnie zbieramy materiały do kolejnego dziewiątego wydania, które ukaże się jesienią. Głównym celem ukazywania się Informatora jest aspekt integracyjny. Służy Polakom mieszkającym w tym mieście do korzystania z usług polskojęzycznych firm. Książka trafia do wielu punktów w Niemczech, rozdawana bezpłatnie, ceniona również przez środowisko niemieckie.

Zdradzę pewną tajemnicę. W dziewiątym wydaniu, czyli w aktualnym, ukaże się informacja, że w dziesiątym, jubileuszowym wydaniu „Żółtych Stron” nasi ogłoszeniodawcy będą brać udział w losowaniu potrójnej supernagrody. Zapraszam serdecznie też nowych, chętnych do współpracy z nami. Bardzo łatwo nas odnaleźć w Internecie, a co ważne, również polskie firmy chcące zaistnieć na terenie Niemiec mogą zareklamować swój biznes. Cennik na stronie: www.zoltestrony.de. Zachęcam do bezpłatnych wpisów.

 A co jest najlepsze w życiu?

Najważniejsze w życiu są zdrowie, miłość i szacunek do ludzi. Człowiek, który ma oparcie i bezwarunkową akceptację w innym człowieku, jest szczęśliwszy, bardziej pewny siebie, chętny do działania. Nie na darmo przecież mówi się, że miłość uskrzydla.

Fot. Michał Czajka
Fot. Michał Czajka

Marzenia?

Prywatnie marzę o kimś wyjątkowym … (śmiech). Wierzę, że kiedyś to się spełni. Człowiek bez marzeń jest jak drzewo bez kory, marząc, czujemy się silniejsi i spełnieni. Przecież każdy marzy. Zawodowych marzeń natomiast mam dużo więcej, jedno z nich to, aby Polonia trzymała się razem i była dla siebie i dla mnie wsparciem.

Jolu, czy twoje życie to tylko praca, czy jednak masz czas na jakieś szaleństwo?

Moje szaleństwo zaczęło się po pięćdziesiątce. Wzięłam udział w projekcie, który przeciwdziała wykluczeniu zawodowemu i społecznemu dojrzałych kobiet. Częścią składową projektu był I Ogólnopolski Konkurs Miss po 50ce, w którym  zostałam wybrana Miss na Obczyźnie. Tego przeżycia nie da się opisać w paru zdaniach! To była radość, łzy i inne doznania spowodowane zawiścią naszego społeczeństwa. Mimo to wspominam to z wielkim entuzjazmem i radością. Kolejnym szaleństwem, któremu uległam, była sesja fotograficzna zaproponowana przez Michała Czajka, gdzie wcieliłam się w postać Marilyn Monroe.

Kim jest dla ciebie Marilyn Monroe?

Piękną i utalentowaną kobietą z klasą, której nie sposób było nie zauważyć. Kobietą posiadającą styl, elegancję, szyk. Dla mnie to ikona, legenda. Zawsze marzyłam, żeby choć raz sfotografować się w jej stylu (śmiech). Sesja „Marilyn Monroe” to było cudowne szaleństwo.

Zdjęcia. Michał Czajka