I żeby wszyscy ludzie zaczęli dostrzegać piękno!

0
849

Z Hanną Kelleher rozmawia Ewa Szadyn

Rześkie powietrze, przedwiośnie, wiaterek, słońce lekko prześwieca przez chmury. Jadę na wywiad do pierwszej kobiety-wójta w historii gminy Wierzbno i w historii całego powiatu węgrowskiego. Postać bardzo ciekawa, również przez swoje podobieństwo do Lucy z serialowego Rancza. Hanna co prawda powróciła do ojczyzny nie z Ameryki, a z Wielkiej Brytanii, co prawda nie urodziła się za granicą, a wyemigrowała tam, co prawda nie odnowiła rodzinnego dworu, a dwór , który wykupiła od gminy, ale tak jak Lucy na wójta kandydowała i wybory wygrała. Na miejscu spotykam się z Dorotą Anną, która uwiecznia na fotografiach nasze spotkanie.

W drzwiach przepięknie odnowionego dworu wita nas sama gospodyni i oprowadza po domostwie, z pasją opowiadając o każdym zakątku swojego królestwa. Całość prezentuje się wspaniale, czuć tu historię i dawny klimat.

– Angielskie zasłony szyłyśmy ręcznie z siostrą, a była to tytaniczna praca. Może nawet przeprowadzę warsztaty z szycia ręcznego dla kobiet – śmieje się pani Hania. Na poddaszu, gdzie dotarłyśmy po stromych schodkach, znajduje się nawet duża, widna pracownia krawiecka, w której urzęduje głównie siostra pani wójt, bo praca na rzecz gminy panią Kelleher pochłonęła bez reszty. Przechodzimy do dużej, ale przytulnej kuchni, zasiadamy do stołu, pani Hania częstuje kawą i herbatą. W takiej domowej atmosferze rozpoczynamy wywiad.

Jak wyglądało pani dzieciństwo i dorastanie?

Urodziłam się i wychowałam w Wólce w gminie Wierzbno. Tu rodzice mieli niewielkie gospodarstwo rolne. Tata przez wiele lat był sekretarzem w gminie. Mama zajmowała się domem i wychowywała piątkę dzieci. Szkołę podstawową ukończyłam tu na miejscu, a liceum w Warszawie. Do Anglii wyjechałam po maturze.

Ciekawe, że oprócz dwóch córek pozostałe dzieci państwa Leszczyńskich wyjechały za granicę. Jaka była historia tej emigracji?

W przypadku najstarszej siostry, która wyjechała do Stanów Zjednoczonych, był to całkowity przypadek. W latach siedemdziesiątych pracowała w warszawskim Grand Hotelu i tam trafił się jej mąż – lotnik, zmuszony z jakichś przyczyn do lądowania na Okęciu. Poznali się, pokochali i siostra poszła za mężem. Brat wyjechał do Ameryki w poszukiwaniu pracy na zaproszenie siostry i również został. Założył tam rodzinę, niestety zmarł kilka lat temu. W 1978 roku, tuż po maturze, ja z kolei wyjechałam do Anglii wraz z koleżanką. Pojechałam na wizę turystyczną i zostałam.

Co kierowało panią w momencie wyjazdu do Wielkiej Brytanii?

Przede wszystkim ciekawość świata, ale i brak perspektyw w Polsce tamtych czasów. Było bardzo ciężko, kartki na żywność, małe możliwości rozwijania skrzydeł. Postanowiłam więc spróbować za granicą i udało się.

Jak wyglądało pani życie na emigracji w początkowej fazie?

Na początku praca i zdobywanie umiejętności językowych. Jak już się zadomowiłam i poczułam, że poruszam się dość sprawnie w języku angielskim, postanowiłam skończyć studia. Skorzystałam wówczas z możliwości uzyskania stypendium i rozpoczęłam studia językowe: język rosyjski i włoski na University of Westminster, które ukończyłam z bardzo dobrym wynikiem i uzyskałam tytuł BA – Bachelor of Arts – bakalaureus nauk podstawowych. Nie było to łatwe, musiałam w studia włożyć wielką pracę. W końcu uczyłam się obcych języków w języku obcym. Następnie, z bardzo dobrymi rekomendacjami od swoich profesorów, dostałam się do prestiżowej London School of Economics and Political Science, gdzie zdobyłam tytuł magistra nauk ścisłych na kierunku politologia ze specjalizacją Polityka i Rząd Rosji.

Rozumiem, że z takim wykształceniem znalezienie pracy nie nastręczyło pani trudności.

Nie było żadnego problemu. Podjęłam pracę w Londynie jako tłumacz i językoznawca w różnych korporacjach. Ta praca do końca jednak mnie nie satysfakcjonowała. Chciałam pracować na własny rachunek i założyłam wydawnictwo Hannah Publishing Ltd. w Londynie, które wydawało książki w języku polskim skierowane na rynek polski. Współpracowałam również z firmą Sony Music, będąc dyrektorem do spraw eksportu produktów muzycznych tej firmy do Rosji, na Ukrainę i do krajów nadbałtyckich (wyłączając Polskę).

Co zainspirowało panią do założenia wydawnictwa?

Na studiach językowych korzystałam z książki „501 czasowników włoskich”. Wydawała mi się bardzo pomocną i dobrą pozycją. To było przyczynkiem do powstania w mojej głowie pomysłu wydania całego cyklu tych książek z czasownikami w różnych językach na terenie Polski. Kupiłam prawa autorskie, ukazała się tylko jedna książka z tego cyklu: „501 czasowników francuskich”. Inne pozycje, jakie wydałam, to m.in.: „Żywność. Twój cudowny lek” i „Apteka żywności”, które cieszą się popularnością do dziś.

Mimo tak świetnej prosperity za granicą ciągnęło panią jednak do kraju.

O tak. Powiedziałabym nawet, że mam trzy ojczyzny. Jedna to oczywiście Polska, druga – Anglia, a trzecia to kraj, który uwielbiam – Włochy.

lucy5ZDJ Z ARCHIWUM HANNY KELLEHER

Historia o tym, jak weszła pani w posiadanie dworu w Janówku jest bardzo ciekawa.

W latach siedemdziesiątych we dworze, który był już bardzo zdewastowany, zamieszkiwała jeszcze jedna rodzina. Mieszkała tam koleżanka z mojej szkoły, która mnie kiedyś do siebie zaprosiła. Miejsce to musiało zrobić na mnie kolosalne wrażenie, które zapewne utkwiło mi głęboko w pamięci, bowiem kiedy w 1989 przeczytałam w Newsweeku artykuł o tym, że gminy w Polsce pozbywają się zabytkowych dworów, w pamięci stanął mi właśnie ten w Janówku. Potem już zadziałała wyobraźnia i uczucie, że muszę stać się jego posiadaczką. Przyjechałam do Polski, dwór okazał się kompletną ruiną, ale niestety dowiedziałam się, że został już sprzedany firmie Chevalier pana Tylusa, który do dziś prowadzi stadninę koni w Wierzbnie. Wysłałam nawet zapytanie do pana Tylusa, czy nie zechciałby dworu odstąpić, ale nie zgodził się. Przyjęłam porażkę i wróciłam do Anglii. Dwa lata później firma Chevalier zbankrutowała i okazało się, ze wcale nie była właścicielem dworu, tylko go sobie zarezerwowała. Przystąpiłam więc do przetargu, byłam jedyną chętną i tak w 1992 roku zostałam właścicielką dworu w Janówku.

 

ZDJ-Z-ARCHIWUM-HANNY-KELLEHER2

Dwór i jego otoczenie prezentują się przepięknie. Widać, jak wielką pracę włożyła pani w doprowadzenie go do stanu, w jakim się znajduje.

To prawda. Proszę sobie wyobrazić, że te tysiące roślin, które rosną w parku (oczywiście oprócz starodrzewu), sama zasadziłam. Pędziłam po terenie z taczkami ziemi i nawozu, musiałam niejednokrotnie przyjąć klęskę w postaci wypadnięcia niektórych roślin, którym nie odpowiadało stanowisko czy gleba, ale koniec końców osiągnęłam satysfakcjonujący mnie efekt. Jestem jednak rozczarowana, że nasze prawo niedostatecznie chroni otoczenia takich zabytków. Pomimo mojej interwencji u konserwatora zabytków, właściciel sąsiedniej działki otrzymał pozwolenie na wybudowanie domu jednorodzinnego, który nie dość, że przesłania widok na dwór od południowo-zachodniej strony, to jego styl całkowicie odbiega od stylu architektonicznego dworu. Nie tylko ja, ale i niektórzy mieszkańcy Janówka z przykrością patrzymy, jak ta nowopowstała budowla rujnuje otoczenie dworu.

ZDJ-Z-ARCHIWUM-HANNY-KELLEHER3 ZDJ-Z-ARCHIWUM-HANNY-KELLEHER4 ZDJ-Z-ARCHIWUM-HANNY-KELLEHER5

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Skąd wziął się pomysł na kandydowanie na wójta?

Do kandydowania już w poprzedniej kadencji namawiali mnie znajomi, którzy wierzyli, że ze swoją wiedzą i doświadczeniem mogę wiele zmienić w tej gminie i że jako osoba stąd mam duże szanse. Wtedy się nie zgodziłam, ale w tych wyborach wystartowałam i w drugiej turze zwyciężyłam.

lucy ZDJ Z ARCHIWUM HANNY KELLEHER

Jak pani myśli, co doprowadziło do wygranej ?

Wydaje mi się, że duże zaangażowanie z mojej strony, ale również ze strony członków mojego komitetu wyborczego. Kampanię wyborczą rozpoczęłam już półtora miesiąca przed wyborami. Byłam w każdej wiosce, może nie w każdym domu, ale w wielu, i rozmawiałam z ludźmi, poznawałam ich potrzeby i oczekiwania, przedstawiałam mój punkt widzenia. Moje ulotki dotarły do każdego domu.

Czy zamierza pani postawić na fundusze Unii Europejskiej, aby umożliwić rozwój gminy?

Tak, ale to dopiero w przyszłym roku. Zamierzam wykorzystać możliwości, jakie daje nasza Lokalna Grupa Działania (LGD) – Stowarzyszenie Bądźmy Razem, która powstała niedawno na terenie naszego powiatu. Powstaną projekty w ramach PROW – remont i przystosowanie świetlic wiejskich. W samym Wierzbnie chciałabym doprowadzić do założenia Domu Kultury z biblioteką w przejętym przez gminę budynku po komisariacie policji. Aby budować więź między mieszkańcami, należy rozpocząć od takiego właśnie miejsca, które tętniłoby życiem do późnych godzin wieczornych.

Wiem, że gmina ma kłopoty finansowe. Skąd zdobędzie pani wkład potrzebny na dofinansowanie?

Zamierzam wkrótce rozpocząć prace nad przeprowadzeniem koniecznych reform, tak aby w następnych latach w budżecie gminy wygospodarować jakieś środki własne na wkład potrzebny do uzyskania dofinansowania koniecznego do przeprowadzenia tak bardzo nam potrzebnych zadań inwestycyjnych. Chciałabym również jak najszybciej utworzyć fundację wspierającą rozwój kultury i oświaty w gminie Wierzbno i szukać na ten cel dotacji z prywatnych źródeł. Gminy nie stać też na stworzenie stanowiska dla specjalisty zajmującego się projektami unijnymi, ale mam nadzieję, że zaprawieni w boju koledzy wójtowie z naszego powiatu podpowiedzą mi to i owo. Rolę Fabian z serialowego Rancza pełnić będą podnajęte firmy (śmieje się).

Jaki jest pani stosunek do zbieżności pani sytuacji życiowej z historią Lucy z Rancza? Dostała pani nawet taki pseudonim.

Powiem tak: zazwyczaj scenariusze do filmów pochodzą z życia. W moim przypadku to tak jakby scenariusz filmu urzeczywistnił się w życiu. Mówiąc szczerze, chciałabym wykorzystać to podobieństwo, jak również fakt, że jestem pierwszą kobietą-wójtem w historii całego powiatu, z korzyścią dla gminy. Nasz region jest bardzo atrakcyjny turystycznie, chodzi mi o niedaleką Dolinę Liwca i przynależność do Krainy Mistrza Twardowskiego. Filmowe zbieżności mają szansę przyciągnąć do nas więcej turystów.

lucy2ZDJ Z ARCHIWUM HANNY KELLEHER

Bardzo proszę opowiedzieć o swoich marzeniach.

Marzenia… Mam ich wiele. Przede wszystkim, tak dla siebie, chciałabym zrobić dyplom w dziedzinie malarstwa. Na razie kopiuję obrazy, ale mam nadzieję, że będę tworzyć również swoje prace. Malarstwo przynosi mi wielką przyjemność i wyciszenie. Jestem pasjonatką Włoch, uwielbiam jeździć do tego kraju, kocham urok małych włoskich miasteczek, otwartość i gościnność ludzi. Tam każdy kamień ma swoją historię, architektura jest wspaniała, widoki przepiękne. Moją pasją jest również Cesarstwo Rzymskie. Żeby poczuć jego klimat, trzeba koniecznie pomieszkać w Rzymie. Marzę o co najmniej rocznym pobycie w Wiecznym Mieście. Jednak moje największe marzenie to poprawa jakości życia w gminie Wierzbno, a także polepszenie dróg i infrastruktury. Cudownie byłoby mieć u siebie halę sportową z prawdziwego zdarzenia, basen. Takie rzeczy zatrzymują ludzi na miejscu.

 

Co pani sądzi o projekcie „Miss po 50ce”?

Bardzo popieram. Nie widzę przeszkód, aby nadać tytuł „miss” osobie dojrzałej. Trzeba łamać stereotypy, nie żyjemy w czasach, kiedy kobieta po 50. jest babuleńką. Sama zachęcam kobiety do brania udziału w tym konkursie. To nie konkurs piękności, a indywidualności, a kobieta 50+ dopiero rozwija skrzydła.

Czy chciałaby pani podzielić się z naszymi czytelnikami przesłaniem, którym kieruje się pani w życiu?

Bardzo chętnie. Chciałabym, aby ludzie nauczyli się widzieć piękno. Poczucie piękna i miłość do tego, co piękne, zmienia człowieka. Wydaje mi się, że ludzie wrażliwi na piękno nie mogą być źli. Piękno uszlachetnia człowieka, czyni go otwartym na innych i wpływa na pozytywne myślenie. Takimi ludźmi chciałabym się otaczać i z takimi ludźmi chciałabym pracować, bo z nimi można zmieniać świat na lepsze.

Bardzo dziękujemy za gościnę i miłą rozmowę. Życzymy pani powodzenia w rządzeniu gminą.