Król

0
696

 

2012 Portrety_z_historia_lekki plik-1

 

 

 

 

 

 

 

 

Fragmenty książki Czesława Czaplińskiego „Portrety z historią”

Jeśli jesteś obojętny w stosunku do tego, co fotografujesz, nie zrobisz wybitnych zdjęć. To stara prawda, która wciąż jest aktualna. Nie umiem wyobrazić sobie pracy nad często trudnymi tematami bez towarzyszącej temu pasji.

Przez lata z zainteresowaniem śledziłem karierę dwóch największych gwiazd muzyki pop –  Michaela Jacksona i Madonny. Nie ma to związku ani z moją pracą, ani z gustami muzycznymi. Po prostu, człowiek, który ogląda telewizję, słucha radia i czyta gazety, wiele wie o ludziach, którzy do tego stopnia rozpalają zbiorową wyobraźnię, że pokazywanie ich i pisanie o nich stało się obowiązkiem mediów. Gdyby jednak w połowie maja 1997 roku ktoś powiedział mi, że będę fotografował Jacksona w Polsce, i że będę jedynym fotografem mającym szansę robienia mu zdjęć z odległości kilku kroków, mógłbym to uznać najwyżej za kiepski żart. Dwa tygodnie później stałem na lotnisku i czekałem, aż prywatny odrzutowiec „Króla pop” wyląduje w Warszawie.

Nawet dziś, po piętnastu latach potrafię odtworzyć wydarzenia tamtych dni. Po południu znalazłem w serwisie Polskiej Agencji Prasowej wiadomość, której mało kto się spodziewał, ponieważ nie była wcześniej podawana: „Michael Jackson przybywa do Polski. Samolot specjalny oczekiwany jest na Okęciu we wtorek 27 maja (1997), około godz. 12.00. Jackson przyleci do Warszawy z Paryża. Program wizyty nie jest jeszcze ustalony. Wiadomo jedynie, że gwiazdor odwiedzi  ośrodki opiekuńcze dla dzieci. Ma też się spotkać z prezydentem Warszawy Marcinem Święcickim. Jak poprzednio, będzie nocował w hotelu Marriott”.

Zadzwoniłem do kilku, zwykle bardzo dobrze poinformowanych znajomych. Żaden z nich nic nie wiedział o wizycie Jacksona w Warszawie. Następny dzień przyniósł jednak wydarzenia, które przewróciły do góry nogami wszystkie moje wcześniejsze plany.

***

Jak mam w zwyczaju, zaraz po obudzeniu włączyłem telewizor. W CNN kończył się właśnie serwis. Przedostatnia wiadomość postawiła mnie na równe nogi: „Według nie do końca potwierdzonych informacji, super gwiazda muzyki pop, Michael Jackson przyleci do Warszawy…”.  Nie słucham dalej, tylko narzucam coś na siebie i biegnę do pobliskiego kiosku. Kupuję wszystkie dzienniki i wracam do domu. Wygląda na to, że Michael Jackson naprawdę wyląduje jutro w Warszawie. Znajduję informację, że wizytę piosenkarza przygotowuje kierownictwo World Trade Center Warsaw. Tak się składa, że dobrze znam szefa Centrum. Dzwonię. Jacques Tourel jest wyraźnie podekscytowany.  – To fantastycznie, że jesteś w Warszawie! – krzyczy do słuchawki. Zabieraj swoje portfolio i przyjeżdżaj do Marriotta. Wprawdzie Michael przylatuje dopiero jutro, ale na miejscu są już jego menedżerowie. Właśnie omawiam z nimi szczegóły wizyty.

Gorączkowo przeglądam archiwum, ubieram się w jakimś wariackim pędzie i po trzech kwadransach melduję się w hotelu. Jest dziesiąta rano. Jako pierwszemu przedstawiają mnie  Wayne’owi, osobistemu sekretarzowi, menedżerowi i ochroniarzowi gwiazdora w jednej osobie. Od 25 lat współpracuje z Michaelem i nie bez racji nazywany jest jego najbardziej zaufanym człowiekiem. Kiedy mówię Wayne’owi, że chciałbym dostać pozwolenie na fotografowanie Jacksona w czasie całej wizyty w Polsce, słyszę w odpowiedzi bardzo amerykańskie: – Zobaczymy co się da zrobić. Weźmiemy pod uwagę pana ofertę.

Nie ustępuję i mówię dalej. Chciałbym nie tylko fotografować Jacksona, ale zależy mi na wyłączności. Chcę być wszędzie tam, gdzie on. Wayne patrzy na mnie, jakbym był kosmitą z Gwiezdnych wojen i głosem niezdradzającym najmniejszych emocji odpowiada:

– Nie przewidujemy żadnych wywiadów ani osobistych zdjęć. Oczywiście prasa będzie mogła fotografować Michaela, ale z odległości. Tak jak to jest na całym świecie.

Jestem trochę poirytowany, ale staram się zachować spokój i tłumaczę Wayne’owi, że nie interesuje mnie robienie zdjęć teleobiektywem, w tłumie innych fotografów. Chcę móc pokazać ludziom okruch prawdy o Jacksonie, a to jest możliwe tylko wtedy, kiedy będę mógł podejść do niego bardzo blisko. Skoro Jackson przyjeżdża do Polski z prywatną wizytą (rzecz dla niego niebywała), moje zdjęcia mogą być jedyną prawdziwą dokumentacją tego wydarzenia. Ich walor promocyjny jest nie do przecenienia.

Na Waynie cały mój wywód nie robi oczywiście najmniejszego wrażenia.  – Zobaczymy co się da zrobić – powtarza do znudzenia. – Wieczorem jest konferencja prasowa. Przyjdź, dowiesz się więcej.

Podczas konferencji nie dowiaduję się jednak niczego nowego i nadal nie otrzymuję żadnej wiążącej odpowiedzi. Jestem naprawdę wściekły, bo przecież wiem, co to znaczy móc fotografować Jacksona z bliska, w tak niekonwencjonalnej sytuacji. Marzy o tym każdy fotograf. Ja nie jestem wyjątkiem. Wprawdzie nie zabiegałem dotychczas o możliwość zrobienia mu sesji fotograficznej, ale tylko dlatego, że wiedziałem, jak może się to skończyć. Mogłem się spodziewać tylko jednej odpowiedzi: „Biuro Michaela Jacksona nie przewiduje żadnych prywatnych zdjęć piosenkarza”. I to jest prawda. Poza dwoma, może trzema wypadkami nigdy nie ukazały się zdjęcia Jacksona robione przez profesjonalnych fotografów na użytek inny niż promocja płyty czy trasy koncertowej. Poza tym Jackson, o którym bez przerwy wszystkie brukowce na świecie wypisują te niestworzone rzeczy, jakoś mnie specjalnie nie nęcił. W tych swoich kapeluszach, maskach i dziwacznych mundurach i niezrozumiałym upodobaniem do dzikich zwierząt oraz małych dzieci wydawał mi się upozowanym i kapryśnym gwiazdorem. Z pewnością nie należał do moich idoli, choć kilku jego piosenek słuchałem z przyjemnością .

Po pełnej nerwowych snów nocy stawiam się na Okęciu. Jest buro i chłodno. Siąpi deszcz, organizatorzy szaleją. Właśnie rozdają czekającym na płycie lotniska dzieciom po jednym żonkilu, chorągiewce i baloniku. Za ogrodzeniem tłum jeszcze spokojnych fanów z transparentami. „Michael Jackson Superstar” i „We love you!”. Mam trzy aparaty z krótkimi obiektywami i zapas filmów. Kuszę los i, jak moi koledzy po fachu, czekam.

Nagle, ze zdumieniem dostrzegam wśród czekających na  gwiazdora profesora Marka Kwiatkowskiego, kuratora Łazienek Królewskich.

– A ty co tutaj robisz? – pytam, podchodząc do przyjaciela.

– Sam się nad tym zastanawiam – odpowiada profesor. – Gdyby sprowadzali do Polski urnę z prochami Chopina, to co innego. Ale Michael Jackson…

Kiwa głową i dodaje: – Mam mu pokazać Łazienki.

Tymczasem dowiadujemy się, że samolot ma opóźnienie. Fani trwają niewzruszenie, żonkile w rękach dzieci smutnie mokną. Na płycie lotniska widzę Jacques’a Tourela, daję mu znaki ręką. Skutecznie. Przywołują mnie do siebie, Wayne podchodzi na nas i mówi: – Będziesz robił te zdjęcia.

– Na pewno wszystkie? – wciąż nie dowierzam i spoglądam na nieduży śmigłowiec MI 8, którym będzie się poruszał Jackson. Znam ten typ. Nie ma w nim więcej niż sześć, siedem miejsc.

– Tak, wszystkie – odpowiada Wayne. – Już rozmawiałem o tobie z ochroną

– I dostanę wyłączność? – dręczę Wayne’a.

– Masz ją, poza tobą będzie tylko jedna kamera oficjalnej telewizji – zapewnia Wayne.

Nie pytam o nic więcej, bo z miny Wayne’a wnioskuję, że jeszcze jedna moja wątpliwość i wpadnie w szał.

Białobrązowy Falcon podchodzi do lądowania punktualnie o 13.23. Ochrona stara się opanować fanów, dziennikarzy i fotografów, samolot się zatrzymuje, na pokład wchodzą polscy celnicy, straż graniczna i Wayne. Po dwudziestu minutach na czerwonym dywanie staje Michael Jackson we własnej osobie. Ubrany jest w czarne dżinsy z białymi lampasami, kowbojskie buty na wysokich obcasach, czarny kapelusz. Czarną, szamerowaną kurtkę zdobi wielki złoty medal na czerwonej szarfie.

Od kilku minut robię zdjęcia, niemal ocierając się o Jacksona. I łapię się na tym, że gwiazdor nijak nie przystaje do moich o nim wyobrażeń. Wysoki, dobrze zbudowany. Człowiek o bardzo gładkiej, zdrowej cerze. Stanowczo nie wygląda na czterdzieści lat, a tym bardziej na tych kilkadziesiąt operacji plastycznych, które niezmiennie są tematem plotek w brukowej prasie. Pierwsze wrażenie robi bardzo sympatyczne.

Po części oficjalnej musi nastąpić część mniej oficjalna. Michael, odgradzany kordonem policji, przechodzi wzdłuż rozwrzeszczanego tłumu. Nawet nie próbuję zrozumieć tego, co się dzieje. Widzę, jak podbiegają do niego dwie dziewczyny przepuszczone przez ochroniarzy, widzę, jak żołnierze skutecznie zatrzymują jakieś „nieprzepisowe” wielbicielki, którym udało się sforsować kordon ochrony…

Nagle widzę, że w naszym kierunku szybko zbliża się duża grupa ludzi. To nie wytrzymali fani i fotoreporterzy, z których każdy chce mieć dosłownie kawałek Jacksona. Deszcz leje jak z cebra, robi się prawie ciemno, widzę po raz pierwszy zdenerwowanego Wayne’a, który daje Michaelowi rozpaczliwe znaki, aby kierował się do oczekującego na nas helikoptera. Piosenkarz je również zauważa i nagle tak ostro wyrywa do przodu, że pierwszy, nawet przed Wayne’em, dopada czekającego śmigłowca. Gdyby nie przytomność telewizyjnego kamerzysty i gdyby nie drugi ochroniarz, który wciągnął Jacksona do wnętrza maszyny gwiazdor zamiast w Wilanowie wylądowałby w klinice. A tak skończyło się szczęśliwie tylko na zdeptanym kapeluszu i chwili strachu.

***

Pierwsze portrety Michaela powstały w śmigłowcu. Przestałem liczyć rolki naświetlonych filmów. Zacząłem naprawdę lubić gwiazdora i cieszyłem się, że mam szansę fotografować go z tak bliska. Raz tylko nie byłem w stanie robić zdjęć…. Na oddziale onkologicznym szpitala przy Litewskiej.

Nigdy nie byłem w takim miejscu. Nie wyobrażałem sobie, co tam zastanę. Na początku wszytko przebiegało jak zawsze: powitanie, wzajemne uprzejmości. Potem przeszliśmy na oddział. Michael poprosił, żeby towarzyszyły mu tylko osoby, których obecność była niezbędna. Nie chciał kamer, dziennikarzy; chciał choć przez chwilę być jak najbliżej tych dzieci, których zdrowie i życie były tak bardzo ulotne. Byliśmy oczekiwanymi gośćmi, ale jednocześnie przybyszami z innego świata, pozbawionego tak bardzo dojmujących tu trosk.

I nagle stało się coś, co uświadomiło mi, dlaczego ta wizyta była dla Michaela najważniejsza. Usiadł na szpitalnym łóżku i przytulił chore, pozbawione włosów dziecko. To, co zobaczyłem w jego oczach, z pewnością nie było konwencjonalnym gestem. To nie był gwiazdor, który ma do odfajkowania wizytę w szpitalu, bo tego żąda od niego impresario. On cierpiał razem z tym dzieckiem i współczuł mu. W pewnym momencie wszedł do pokoju, w którym leżał kilkunastoletni chłopiec. Nie potrafię opisać wyrazu twarzy tego chłopca. Zachwyt? Uwielbienie? Niedowierzanie? Na szafce przy łóżku leżał zeszyt cały wyklejony zdjęciami Jacksona. Te zdjęcia, wycinane z gazet były kiepskie jakości, źle wydrukowane, niewyraźne. I nagle, bohater zdjęć we własnej osobie wchodzi do pokoju chorego chłopca. Czy można myśleć o fotografowaniu w takiej chwili?

Ze szpitala Michael wyszedł głęboko poruszony. Kiedy później rozmawiałem z profesorem Kwiatkowskim powiedział mi: – Wiesz, ja właściwie zobaczyłem w Jacksonie człowieka dopiero na Litewskiej. Wtedy, kiedy poprosił, żeby zostawić go samego z dziećmi.

Pożegnanie na lotnisku wyglądało podobnie jak powitanie. Tłum fanów, czerwony dywan, tyle, że zamiast tańczących mazura dzieci, szpaler studentów Wyższej Szkoły Pożarnictwa w galowych mundurach. Tym razem zachwyt Michaela dla ich mundurów nie ograniczył się tylko do pochwał. – Proszę mi przysłać dwa takie – powiedział,  a organizatorzy skwapliwie zapisali to życzenie. Wiem, że zostało spełnione i  prywatna kolekcja mundurów gwiazdora powiększyła się o dwa strażackie mundury z Polski.

* * *

To były jedne z najbardziej ekscytujących i wyczerpujących dni w całej mojej karierze. Czas przestał się dla mnie liczyć, a właściwie wciąż go było za mało. Niekiedy czułem się jak reporter wojenny, który musi zrobić zdjęcie bez zastanowienia, bo wie, że sytuacja, na którą patrzy, już więcej się nie powtórzy. Byłem tak zaambarasowany swoją pracą, że dopiero kiedy samolot wzbił się w powietrze uświadomiłem sobie, że dane mi było spędzić dwie doby w towarzystwie największej gwiazdy światowej muzyki pop. W towarzystwie człowieka, o którym wiedziałem wiele, ale – jak się okazało – nie wiedziałem najważniejszego: jaki jest naprawdę. Michael Jackson, którego mogłem poznać, nie był podobny do tego z gazet i telewizji: Spokojny, wyciszony, zamknięty w sobie. Reagujący w sposób charakterystyczny dla introwertyków, oszczędny w słowach. A jednocześnie spontaniczny i prosty jakąś dziecięcą prostotą.

Później wielokrotnie przypominałem sobie jego reakcje podczas projekcji filmu o Warszawie, czułość okazywaną małym pacjentom w szpitalu przy Litewskiej, zachwyt na widok pawia w Łazienkach.

Myślałem też o tym, jak samotny jest człowiek nieustannie adorowany przez rozkrzyczane tłumy i co myśli, kiedy czyta w gazetach kolejne „rewelacje” na swój temat. Prywatność była jedyną rzeczą, do której dostępu mógł próbować bronić. I starał się to czynić do końca swojego życia. Nie pozwalał się fotografować, rzadko udzielał wywiadów i przyjaźnił się z niewieloma osobami, choć wielu zapewne mówiło o nim „mój przyjaciel Michael”.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPESTO
Następny artykułAch, te pszczoły!

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ