Krystyna Zbylut & Krzysztof Wojtarowicz

Ona, On i Sztuka

0
3413

„Krzysztof umarł za wcześnie, bo wtedy, kiedy był już naprawdę dojrzałym artystą, wiedział czego chce, w jakim kierunku pójdzie… Stworzyłby zapewne jeszcze wiele wspaniałych dzieł… Niestety, zdrowie nie dopisało” – mówi Krystyna Zbylut, marszand sztuki, prywatnie partnerka nieżyjącego od dziesięciu lat znanego malarza Krzysztofa Wojtarowicza.

Jak to się stało, że zainteresowałaś się sztuką?

Już w dzieciństwie uwielbiałam oglądać albumy z malarstwem czy rzeźbą. Po lekcjach w szkole podstawowej chodziłam do księgarni, a tam było ich pod dostatkiem. Pierwszy album, jaki wpadł mi w ręce, był o twórczości i życiu Tycjana. Leżał na półce z książkami w domu rodzinnym. Potem pani w księgarni podsunęła mi Picassa. Sztuka interesowała mnie odkąd tylko pamiętam. Byłam bardzo związana z rodzeństwem, a moja starsza siostra wyszła za mąż za artystę malarza. Ponieważ pracowałam w ubezpieczeniach, miałam sporo kontaktów, więc postanowiłam pomóc szwagrowi w załatwieniu wystawy w SBWA warszawskiej Galerii Test. Tam poznałam Krzysztofa Wojtarowicza.

2

Jak wspominasz Krzysztofa? Jakim był człowiekiem?

Wielu może powiedzieć, że Krzysztof był trudnym człowiekiem, bo był niezależny i bezkompromisowy. Pochodził z inteligenckiej rodziny. Był bardzo wykształcony w różnych dziedzinach. Pracował intensywnie, wstawał wcześnie rano. Twierdził, że jest malarzem i musi malować, a przy tym słuchał programów naukowych lub muzyki klasycznej. Był także bardzo wrażliwym człowiekiem… Pamiętam dzień, kiedy zmarł Czesław Niemen i zobaczyłam, jak Krzysztof płacze. Zapytałam – dlaczego płaczesz? Odpowiedział – wraz z nim umarła cząstka mojej młodości… Często bezinteresownie pomagał ludziom, nigdy nie odwracał się od potrzebujących.

A jak wyglądały wasze relacje?

Dobrze czuliśmy się w swoim towarzystwie, mieliśmy to samo poczucie humoru, nie nudziliśmy się ze sobą. Szanowałam jego pracę, talent i wiedzę. Byłam dumna, że żyję z tak wspaniałym artystą. Kupowałam mu akcesoria do malowania, załatwiałam wystawy, klientów… A on malował. W zasadzie mogę powiedzieć, że do siebie wyjątkowo pasowaliśmy.

Co inspirowało Krzysztofa przy malowaniu?

Inspiracją dla niego była wiedza. Zawsze sięgał po czasopisma turystyczne, oglądał programy przyrodnicze i naukowe. Inspirowała go również natura i piękno. Trzeba też pamiętać, że dużo podróżował. To wszystko widać w jego twórczości.

4

Jaki miał warsztat?

Miał oryginalną technikę i genialne pomysły. Może dlatego nie ma na rynku wtórnym jego dzieł, po prostu nikt się ich nie wyzbywa. W jego obrazach są czasami smutne motywy, ale jest w nich piękno i ze wszystkich bije pozytywna energia. Kiedy patrzymy na cmentarz, to jest to smutny temat, ale w jego ujęciu nie wzbudza bolesnych uczuć. Krzysztof pokazywał świat w bardzo ujmujący sposób. Jego obrazy to niepowtarzalne dzieła. Często przewijał się w nich motyw odejścia, stracił przecież brata, rok później mamę, a w dorosłym życiu najlepszego przyjaciela Bogdana Stodulnego, też malarza… Kilka miesięcy później ojca – ogromny autorytet. To musiało się w jakiś sposób odbić w jego malarstwie. Wydaje mi się, że on chciał w swojej twórczości przekazać, choć bardzo cierpiał po stracie tylu bliskich osób, że ostateczne odejście to nie jest nic strasznego. Że to jest kolejny etap naszego życia.

Zostały ci po nim obrazy?

Najważniejsze dla nas obrazy zostały i nie są do sprzedania. Oryginały pozostaną dla syna.

10

W czym Krzysztof się specjalizował?

Malował wszystko… Jeden z artystów powiedział o nim: „Ten facet z pędzlem robił co chciał“ – i miał rację. Przyjmował też zlecenia na portrety i był w tym genialny absolutnie.

Cenisz jego prace…

Zastanawiam się teraz przede wszystkim nad rolą artysty i wartością prac, które realizowane są na zlecenie. Każdy malarz, rzeźbiarz itd. musi z czegoś żyć, dlatego bierze takie zlecenia, tworzy pod klienta. Jaką to ma wartość artystyczną? Ciekawi mnie, jak wyglądałaby twórczość każdego artysty, jeżeli chciałabym rozdzielić jego prace na wykonywane na zlecenie i takie, które tworzy dla siebie. Bo jednak te dzieła się różnią. Zdarzały się takie przypadki, że malarz musiał coś poprawiać, ale nie dlatego, że było to źle namalowane, tylko dlatego, że klient widział siebie inaczej. No i ważna jest również świadomość twórcza, która przychodzi z czasem. Krzysztof umarł za wcześnie, bo wtedy, kiedy był już naprawdę dojrzałym artystą, wiedział czego chce, w jakim kierunku pójdzie… Stworzyłby zapewne jeszcze wiele wspaniałych dzieł… Niestety, zdrowie nie dopisało.

Kto był jego mistrzem?

Nie miał mistrza. Sam malował z fotograficzną doskonałością, a i z niepowtarzalną fakturą. Nawet jeśli w tle był chaos, to jednak pierwszy plan współgrał z drugim idealnie. Obrazy Krzysztofa są jakby trójwymiarowe. Myślę,że nie miał swojego mistrza chociaż ukończył z wyróżnieniem Wydział Malarstwa w warszawskiej ASP w pracowni samego prof. Stefana Gierowskiego .

5

Był pracowity?

Tak, był pracowity i zawsze głodny wiedzy. Kształcił się do końca swoich dni, znał cztery języki obce. Twierdził, że jest artystą i jak sam sobie czegoś nie załatwi, to nikt za niego tego nie zrobi. Dlatego często sam organizował sobie wystawy. Nie wstawiał obrazów do galerii, nie chciał i nie miał takiej potrzeby, aby tam chodzić i się prosić. Zresztą większość artystów nie chce prosić, bo to ludzie o wielkiej wrażliwości. Problemem jest to, że ci, którzy nie są dla siebie samych dobrymi menadżerami, najczęściej zostają w tyle. Wielu wspaniałych malarzy głoduje… A Krzysztof prowadził w młodości swoje prywatne galerie, jedną na lotnisku (na hali odlotów) na Okęciu, a potem na warszawskiej Starówce. Ale wtedy jeszcze go nie znałam.

Czy w twojej opinii każdy, kto skończy Akademię, jest już artystą?

Moim zdaniem, jeśli ktoś kocha to, co robi, poświęca się i jest to jego pasja – jest artystą. Bo jest to jego sposób na realizowanie siebie. Prawdziwi artyści poświęcają się tylko sztuce i żyją tym co robią. Na przykład Nowosielski. Całe Pismo Święte znał na pamięć, potrafił wszystko namalować… A to, że malował tak, jak malował – to już jest droga, którą wybrał. Każdy z nas może zostać kim chce, bez względu na wykształcenie, jeżeli ma takie zdolności, pasję i jest pracowity.

A czy artysta musi też wyglądać artystycznie, mieć długie włosy, być uzależnionym od jakiegoś nałogu?

Absolutnie nie. Często wybaczamy ludziom, którzy właśnie w taki sposób żyją, mówimy „aaaa… To jest artysta”. Ale też znamy wiele osób, które właśnie w taki sposób żyją i nie są artystami. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Niektórzy lubią być ładnie ubrani, a inni mają to gdzieś. Ale to nie ma nic wspólnego z artyzmem.

Czyli artysta to…?

Artysta to człowiek, który poświęca swoje życie twórczości, swojej pasji i temu, co kocha najbardziej. Ktoś, kto cały oddaje się swojej twórczości.

9

Czy pojawienie się waszego dziecka zmieniło coś w twórczości Wojtnarowicza? Nastąpił wtedy jakiś przełom artystyczny w jego dziełach?

Niewątpliwie zmieniło to styl jego życia, bo już nie mógł sobie pozwolić na samotne wycieczki, na zwiedzanie obcych miejsc, takich jak Afryka czy Holandia. Spędził przecież dwa lata w Amsterdamie ze swoim kolegą, gdzie malowali i robili swoje wystawy. Na pewno zmienił się jego styl życia, ale czy to wpłynęło na jego malarstwo? Nie sądzę. Namalował trochę obrazów Juliana i moich, nawet jak byłam w ciąży… Ale moim zdaniem przełomów w twórczości nie było.

Czy wasz syn pamięta tatę?

Niewiele go pamięta… Syn miał cztery i pół roku, kiedy ojciec zmarł. Wspomina, jak nosił go na barana… Że chciał się z nim bawić, a tata nie miał czasu, bo musiał malować.

8

A jaki wpływ na ciebie miał związek z Wojtarowiczem?

Niewątpliwie dzięki niemu poznałam artystów warszawskich. Byłam traktowana w określony – chyba dobry – sposób, ponieważ byłam z nim, a on był cenionym przez kolegów artystą, nie tylko przez to, że im pomagał. Doceniali przede wszystkim jego warsztat i wiedzę. Zaszczepił we mnie radość, jaką daje organizowanie wystaw. W pewnym momencie zauważyłam, że zaczęłam się realizować, spełniać, że gdzieś to mi wychodzi.

A po jego śmierci nadal zajmowałaś się sztuką?

Tak, nadal zajmuję się organizacją plenerów, wernisaży i wystaw różnych artystów. Czasami przekłada się to na 3zarobienie pieniędzy, a czasami nie. Nigdy nie miałam swojej galerii jako stałego miejsca takich imprez. Jako jedna z pierwszych organizowałam wystawy w restauracjach, w takich miejscach, gdzie dobrzy artyści zazwyczaj nie chcieli zaistnieć… Próbowałam im przetłumaczyć, że część osób nie chce wejść do galerii, bo się wstydzi. Tłumaczyłam, że w takich miejscach bywają prezesi dużych firmy, którzy nie mają czasu zastanawiać się nad tym, co dzieje się na rynku sztuki. W okresie, kiedy pracowałam w Galerii SD, zauważyłam, że niektórzy ludzie natychmiast wychodzili, kiedy zostali o coś zapytani, unikali rozmów. Była w nich ciekawość, ale też brakowało im odwagi, żeby nawiązać do określonego tematu dotyczącego sztuki. Krępowali się tego, że nie są z nią może wystarczająco obeznani. I wtedy zrozumiałam, że ludziom należy pokazywać sztukę w różnych miejscach. Szczególnie tym, którzy nie wchodzą do galerii. Organizowałam wystawy nawet w kasynie, gdzie ludzie przychodzą grać. I zaglądali na nie z ciekawości nawet ci, którzy nigdy nie byli w galeriach. Wtedy mieli okazję zapoznać się z malarstwem, podejść bliżej, obserwować. Czuli się bezpiecznie, bo nikt do nich nie podchodził, nie pytał i nie chciał im niczego sprzedać. To było dobre, bo zwiększało zainteresowanie sztuką. I znam takie przypadki, że ludzie, którzy nigdy nie myśleli, że będą kupować obrazy – kiedy kupili jeden, to potem nabywali i następny. Poczuli, że obraz daje klimat, że czują się lepiej z nim w domu. Człowiek obcujący ze sztuką ma często wrażenie, że jest więcej wart od innych i artyści muszą niestety też zrozumieć, że nie tylko w galeriach jest miejsce dla nich, ale i w bankach czy innych instytucjach. Zaczęliśmy przełamywać takie stereotypy, że tylko w galeriach można poznać dobrą sztukę. I tylko tam oglądać obrazy. Zwłaszcza, że właściciele galerii też nie zawsze są wykształconymi znawcami sztuki.

6

Ale sztuka z biznesem zawsze szła w parze…

Tak, jeżeli biznesmen wyniósł z domu wiedzę i miłość do sztuki. Jednak w Polsce nie ma jeszcze takiej kultury, że każdy powinien posiadać obraz w domu. We Włoszech, jak ktoś kupił obraz, to cały koszt mógł odliczyć od podatku. Tak państwo pomagało artystom, a jednocześnie krzewiło kulturę. Jednak rynek sztuki w Polsce jest bardzo trudny i wymaga edukacji…

Czy po śmierci Wojtarowicza były jakieś wystawy jego obrazów?

Pierwszą pośmiertną wystawę zorganizowałam w Teatrze Narodowym. Jednodniowy wernisaż odbył się 7 marca 2005 roku. Pamiętam, że śnieg był po pas, a mimo to przyszło trzysta osób.

To było symboliczne pożegnanie dla jego przyjaciół?

Tak, nie było mowy o sprzedaży obrazów. Wielu przyjaciół zaangażowało się w zorganizowanie tego pięknego wieczoru… Dla niego. Krzysztof nie żyje już od dziesięciu lat, a ja wciąż czuję, że mam tę powinność i organizuję jego wernisaże, aby nie zapomniano o nim. Wtedy, podczas tej pierwszej pośmiertnej wystawy, najpiękniejsze było pożegnalne przemówienie Zbigniewa Pindora, krytyka sztuki. Powiedział: „Krzysztof Wojtarowicz był wybitnym malarzem, który w swoich pracach potrafił oddać niepokój i pośpiech naszych czasów. Nie doczekamy się już jego nowych obrazów, nie spotkamy się na kolejnym wernisażu, zabraknie nam sporów i dyskusji o sztuce. Pozostanie jednak na zawsze w naszej pamięci, pozostaną także jego obrazy jako świadectwo rzetelności w uprawianiu trudnego, artystycznego zawodu, zmagania się z przeciwnościami losu. Krzysztof twierdził, że instynkt twórczy przewyższa inne ludzkie instynkty. Prawdzie tej pozostał wierny do końca“.