MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ

0
1706

Z Gosią Banką rozmawia Katarzyna Czajka

Dokładnie 9 maja 2015 r. Halina Poświatowska świętowałaby swoje 80. urodziny i właśnie tego dnia w Teatrze Polonia odbył się muzyczny spektakl oparty na jej tekstach - głównie pełnych emocji wierszach, ale też fragmentach prozy czy listów poetyki do bliskich jej ludzi. Słowa Haliny Poświatowskiej prowadziły widzów przez subtelny i pełen delikatnych niuansów świat uczuć, a także przez obecne w jej twórczości z racji życiorysu poetyki najważniejsze tematy, czyli miłość, przemijanie i śmierć. Autorką scenariusza i muzyki do spektaklu jest Małgorzata Banka. Przedwcześnie zmarła Poświatowska zostawiła po sobie głównie wiersze, ale też zbiór opowiadań oraz pisaną z werwą, bardzo plastyczną prozę; zachowały się także listy poetki. Ze wszystkich słów Poświatowskiej wyłania się obraz młodej i głodnej życia kobiety, która boleśnie doświadcza kruchości świata, tęskni do beztroski i przede wszystkim czuje. Miłość w milionie swoich odsłon jest bowiem najlepszą odpowiedzią na ulotność i przemijanie. Powtórka spektaklu już 2 września 2015 r. o godz 19.30 w Teatrze Polonia.
Dokładnie 9 maja 2015 r. Halina Poświatowska świętowałaby swoje 80. urodziny i właśnie tego dnia w Teatrze Polonia odbył się muzyczny spektakl oparty na jej tekstach – głównie pełnych emocji wierszach, ale też fragmentach prozy czy listów poetyki do bliskich jej ludzi. Słowa Haliny Poświatowskiej prowadziły widzów przez subtelny i pełen delikatnych niuansów świat uczuć, a także przez obecne w jej twórczości z racji życiorysu poetyki najważniejsze tematy, czyli miłość, przemijanie i śmierć. Autorką scenariusza i muzyki do spektaklu jest Małgorzata Banka. Przedwcześnie zmarła Poświatowska zostawiła po sobie głównie wiersze, ale też zbiór opowiadań oraz pisaną z werwą, bardzo plastyczną prozę; zachowały się także listy poetki. Ze wszystkich słów Poświatowskiej wyłania się obraz młodej i głodnej życia kobiety, która boleśnie doświadcza kruchości świata, tęskni do beztroski i przede wszystkim czuje. Miłość w milionie swoich odsłon jest bowiem najlepszą odpowiedzią na ulotność i przemijanie. Powtórka spektaklu już 2 września 2015 r. o godz 19.30 w Teatrze Polonia.

Katarzyna Czajka: Jak bardzo trzeba kochać muzykę, żeby zatoczyć takie wielkie koło jak Ty? 

Gosia Banka: Moje życie było skupione na muzyce od wczesnego dzieciństwa. Co prawda urodziłam się w Szczecinie, ale ze względów zdrowotnych moja rodzina przeprowadziła się w góry. To tam szlifowałam mój słuch muzyczny. Zawsze pociągała mnie muzyka i wiedziałam, że to jest moja droga.

Wyjechałaś z Polski do Paryża jako 21-letnia dziewczyna. Wtedy, gdy nie było to takie powszechne, nie byliśmy w Unii Europejskiej. Nie bałaś się porażki?

Wiedziałam, że to moje miejsce i jak tylko nadarzyła się okazja, skorzystałam z niej. Rodzice nie pochwalali mojej decyzji, więc musiałam zacząć moje życie po swojemu i na swój koszt. Wtedy myślałam, że jest to świadomy wybór, ale rzeczywistość pokazała mi, że ten krok był obarczony wielkim ryzykiem. To był przełom lat 1997/1998, nie istniał Internet, a podróże nie były takie popularne. Nie miałam papierów, aby legalnie rozpocząć pracę, nie miałam ułatwionego początku. Jednak anioły, które nade mną czuwają, zesłały mi pomoc. Trafiłam na restaurację No Problemo i tam rozpoczęłam moje nowe życie na emigracji. Stworzyłam sobie krąg przyjaciół, a znajomość z właścicielem po jakimś czasie nieoczekiwanie przeobraziła się w love story. Moje życie było jak bajka. Ale ta bajka nie obejmowała muzyki.

aIMG_2587

Nie byłaś szczęśliwa?

Na początku byłam bardzo szczęśliwa i podekscytowana. Uczestniczyłam w dorosłym życiu. Często w restauracji za barem wysłuchiwałam Francuzów, którym nie chciało się wracać do domu, do żony, której chyba już nie kochali, z którą nie rozmawiali. Tłumaczyłam im, ja, młoda dziewczyna, jak bardzo ważne jest jednak wrócić i powiedzieć, kocham cię, jesteś dla mnie ważna.

Słuchałam tych historii i marzyłam jednocześnie o śpiewaniu, sama popadając w stany depresyjne. Nie robiłam tego, co chciałam. Zakotwiczyłam się tylko, ale to mnie nie satysfakcjonowało. Chciałam śpiewać! A to, co robiłam w restauracji, to nie był mój świat. Zaczęły się stany tęsknoty, brakowało mi czegoś.

Chciałaś zmiany i rzuciłaś to wszystko?

Jak wejdzie się w jakieś zależności emocjonalne, to jest bardzo trudno to rzucić. Mogłam oczywiście, ale to nie jest mój charakter. Więc trwałam przy ludziach, z którymi mi było dobrze, ale sama popadałam w pustkę. W pewnym momencie zobaczyłam, że nie jest już tak dobrze i wtedy pojawił się fotograf, który mi zaproponował pracę modelki.

Wtedy odmówiłam, bo obawiałam się, co na to powiedzą rodzice. A ja przecież chciałam uprawiać muzykę. Po miesiącu uparty fotograf wrócił z gotową dla mnie propozycją. Wtedy z się godziłam, ale zrobiłam to w ogromnym sekrecie. Na zasadzie spróbowania czegoś nowego, wiedząc, że to nie jest mój cel. Tak zaczęłam. Wtedy nastąpiło pierwsze zetknięcie z zawodem, że nie jest ważne, jakie masz pasje, tylko jak cię sprzedam, jakie masz nogi, jakie zęby i uśmiech.

Podejście dość okrutne, ale obietnica wielkich pieniędzy. A ja ich potrzebowałam.

Faktycznie zarabiałaś wielkie pieniądze?

Tak, ale nie od razu, po miesiącu. Trafiłam do reklamy telewizyjnej i nagle zarobiłam wielkie pieniądze, jednocześnie zapewniając sobie na jakiś czas finansowanie. Nie musiałam się o nic martwić. Reklama była emitowana na całym świecie, a ja się martwiłam, co na to powiedzą rodzice.

IMG_2287

Zobaczyli ją?

Sama do nich zadzwoniłam i powiedziałam, że to taki etap szlifowania języka i zdobywania niezależności finansowej.

Zostawiłaś tego faceta wtedy?

Nasz związek rozpadł się sam z powodu chorej zazdrości, bo ja zaczęłam dużo podróżować, poznawałam świat, czasami zatrzymywałam się gdzieś na dłużej, ale bazą był Paryż, mój kochany Paryż.

Czułaś się samotna?

Modelka jest samotna, bo ta praca wymaga skupienia i wielu wyrzeczeń. Miałam przyjaciółkę, też modelkę. Byłyśmy rywalkami, ale nie traktowałyśmy tego w taki sposób. W Paryżu zawsze albo ona, albo ja dostawałyśmy angaż do reklam. Ona niestety skoczyła z 8 piętra, bo nie wytrzymała presji zawodu, przerosła ją sytuacja.

Do jej agencji przyjęto młodziutkie dziewczyny, ona nie chciała z nimi konkurować, chyba czuła się odrzucona. Bardzo przeżyłam jej śmierć. Nie mogłam patrzeć na reklamę z jej udziałem, która jeszcze trzy lata po jej śmierci wisiała w jednej z witryn Paryża. Wiedziałam, że ona nie żyje, a ludzie nadal ją podziwiali i kupowali krem rozświetlający, który reklamowała.

O życiu innych wiemy mało, wiemy tylko to, co zostało sprzedane, nawet skłamane, żeby ładnie wyglądało. Nieraz wyrzucałam sobie, dlaczego nie miałam szans porozmawiać z nią przed tym, jak to się stało. Dlaczego?

Dlaczego?

Pracując jako modelka jest się w ciągłej podróży, nie widywałyśmy się często, ale ta przyjaźń między nami była silna. Chyba ze trzy miesiące jej nie widziałam i…

Bardzo mnie to poruszyło, bardzo. Wtedy poczułam wielką potrzebę napisania dla niej piosenki. Zrodziło się we mnie poczucie, że to był dla mnie jedyny ratunek, aby przetrwać w tym zawodzie. Bo nie widziałam sensu dalszej takiej egzystencji, wiedząc, że moja przyjaciółka skoczyła. Chciałam wytłumaczyć ludziom, że ta praca nie pozwala człowiekowi normalnie funkcjonować, że jest tam dużo zakłamania i presji, której młoda dziewczyna czasami nie jest w stanie znieść. I to był pierwszy moment, gdy zadawałam sobie pytanie: co dalej, czy mam w tym siedzieć, bo mam z tego dobre pieniądze i jestem niezależna, czy jednak nie chcę tego robić?

 

Przestałaś?

Potem, jak mieszkałam w Miami, zaczęła się degradacja. Tam wszyscy spędzają czas na castingach. Piękni i brązowi od słońca. Krótkie sukienki, obcasy, relaks, atmosfera wakacji, a ja zaczęłam się w tym dusić.

Jak była praca, to była w jakimś sensie fascynująca, ale miałam zamkniętą buzię, nie mogłam nic od siebie dodać, tylko cały czas byłam pod sterem fotografa. Oczywiście jak fotograf był ciekawy twojej osobowości, to się robiła interesująca relacja i czułam, że w tym uczestniczę.

Głównie jednak się zatracałam i gubiłam sama siebie. Pośpiech, byle jak najwięcej ciuchów sfotografować. Coraz częściej zastanawiałam się nad sensem uprawiania tego zawodu.

Któregoś dnia znalazłam hotel, gdzie był fortepian. Zdarzały się momenty, że stał schowany pod pokrowcem, a czasem go nie było. Chodziłam tam codziennie. Ten fortepian stał się moim ratunkiem na życie. Pamiętam, jak pewnego wieczoru wyszłam z tego hotelu, przechodziłam przez ulicę i rozmawiając z jakąś spotkaną Polką, zobaczyłam na wózku inwalidzkim chłopca, prowadził go Polak, zagadał do mnie.

Rozmawialiśmy o tym, co ja robię, ale ja zainteresowałam się chłopcem na wózku. Bardzo chciałam, żeby pokazał mi jakiś gest, zauważył mnie, zapragnęłam, żeby się uśmiechnął do mnie.

Uśmiechnął się?

Zagadywałam go, ale patrzył bez wyrazu, jakbym była przezroczysta. Wtedy się załamałam i pomyślałam, że jak się do mnie nie uśmiechnie, to będzie koniec świata. Tym bardziej że ten chłopak, który się nim opiekował, powiedział, że jego podopieczny ma różne fazy, jak ma ochotę to rozmawia, a jak nie, to totalnie lekceważy.

Poczułam się nikim i wtedy pomyślałam, że jedyna szansa, żeby on się do mnie odezwał albo na mnie spojrzał, to gdy zagram dla niego na fortepianie.

Zaprosiłam ich do hotelu na 1 piętro gdzie był fortepian. Okazało się, że ten 6-letni chłopiec od roku jest po wypadku, bez czucia w nogach, i nie odnajduje się na wózku.

Poznany Polak zapytał go, czy się zgadza, abym dla niego zagrała. Nawet nie odpowiedział, ale to oznaczało, że jest mu obojętne, nie zanegował.

Zagrałam dla niego, dwoiłam się i troiłam i nic, zero reakcji.

Wtedy pomyślałam, że moim ostatnim ratunkiem jest moja piosenka, którą kiedyś skomponowałam dla mamy. Zawsze miałam wyrzuty sumienia, że zostawiłam wszystko w Polsce i nie wróciłam.

Napisałam piosenkę, przepraszając mamę i tłumacząc moje motywy, że musiałam znaleźć swoją drogę. Wiem, że za wcześnie wyszłam z domu, że nie zdążyła mi przekazać wszystkich prawd, że wiele razy musiałam sama dochodzić do wielu z nich, ale na własne życzenie. Ta piosenka była bardzo osobista, ja wiedziałam, że on jej nie zrozumie, ale miałam nadzieję, że jak ją zaśpiewam, to coś się stanie.

Zaśpiewałam i wtedy ten chłopiec spojrzał na mnie i spytał, jak się nazywam. Zrozumiałam, że wygrałam życie, że znalazłam jego sens.

Postanowiłam rzucić modeling i wrócić do mojej muzyki. Chciałam, żeby wszyscy się do mnie tak uśmiechali jak to dziecko.

To był mocny moment w moim życiu. Myślałam, że wszystko jest możliwe od zaraz, ale gdy wracamy do rzeczywistości, okazuje się, że tak szybko nie da się wyjść ze świata biznesu, są kontrakty, zobowiązania. Trochę to trwało, zanim się wyzwoliłam.

Znowu Twoja odpowiedzialność?

Tym razem złapałam się na tym, że trudno zrezygnować z zawodu, gdzie zarabia się mimo wielu niedogodności większe pieniądze. W muzyce za godzinę pracy zarabiało się przykładowo 50 jednostek, a w modelingu za taką samą godzinę 5000 jednostek. Praca modelki to non stop praca nad sobą i ogromna dyscyplina, to nie balanga. Ale nie znalazłam w tym głębi, której poszukiwałam. Moją ostatnią ostatnią pokusą był kontrakt w Nowym Jorku. Wielka kampania. I wtedy padły wieże. Wiedziałam, że z modelingiem koniec, bo to był ostateczny znak, że mam zacząć robić to, co chcę, bo inaczej zgniję od środka.

Potraktowałaś to jako ostrzeżenie?

Tak, ostateczne. Gorszej katastrofy nie można sobie było wyobrazić. Wróciłam do Europy i wtedy, w Paryżu, postanowiłam, że zajmę się stroną duchową, że zajmę się swoją pasją. Muzyką i teatrem.

aIMG_2517

Teatrem? Miałaś wykształcenie w tym kierunku?

W teatrze mogłabym mieszkać. Najpierw ciężko pracowałam, a potem wzięłam się za naukę. Miałam tę satysfakcję, że sama sobie wszystko zawdzięczam, że zapracowałam na to, żeby teraz się skupić na sobie i na nauce. Dostałam się na Cours Florent – École de formation professionnelle d’acteur, byłam też studentem w Studio des Variétés, a także w Alliance Française na zajęciach L’Atelier d’écriture. To był bardzo intensywny i twórczy okres, to było odrodzenie. Ale wciąż działałam sama. Tworzyłam sama. Dość późno zrozumiałam, jak ogromna siła leży w grupie. Zamknięte 4 ściany, nie… to nie jest dobre. Człowiek sam we własnym kącie jest zdany tylko na siebie. A czasami wystarczy spotkać się z kimś i od razu robi się raźniej na duszy. A jeśli jeszcze można razem tworzyć to jest zderzenie różnych światów, to jest kosmos.

Każde spotkanie z innym człowiekiem to jest nowa energia. Życie to spotkanie z drugim człowiekiem.

Tego się nauczyłam, bo właściwie gdybyśmy nie spotykali innych ludzi, nasze życie byłoby niewiele warte, to właśnie drugi człowiek powoduje, że my się uśmiechniemy. Samemu do siebie trudno się tak uśmiechać bez końca. Lekcja z chłopcem na wózku i ten podarowany uśmiech były dla mnie wygraną na loterii, wtedy zrozumiałam, że o to chodzi w tym życiu.

Dla ciebie ważne są symbole?

Ja myślę, że bardzo kieruję się intuicją. I odczytuję pewne wydarzenia jako znaki. Zwykle czuję od początku, co ma sens i czy się w tym sprawdzę. Wiem, czy to mój, czy nie mój świat. Oczywiście nie oznacza, to, że się nigdy nie pomyliłam. Pomyliłam. Ale człowiek uczy się na błędach.

A związki? Miałaś czas na miłość?

Różnie, czasem byłam sama, a czasami w związku. Modeling to zawód, w którym uprawia się związek na odległość. To trudne, jeśli ktoś chce zbudować fundamenty, żeby założyć rodzinę. Ja starałam się oddzielać strefę zawodową od prywatnej. Ogólnie byłam bardziej nastawiona na pracę, chciałam móc liczyć tylko na siebie, może to wynikało z mojej polskiej mentalności. Zawsze pasja i praca były na pierwszym miejscu. Musiałam to w sobie zaspokoić. Nie być zależnym od nikogo. Jakie to utopijne myślenie. W końcu zrozumiałam, że wszystko, co robimy na tym świecie, zależy od kogoś lub czegoś, a zwłaszcza uprawianie zawodu artysty. Jak nie ma publiczności, to nie ma artysty.

Otworzyłam się na innych, zaczęłam tworzyć muzykę dla innych. Pamiętam, jak moja uczelnia zorganizowała koncert swoich studentów i zostali tam zaproszeni wydawcy, producenci. Zainteresował się mną wówczas wydawca z Dreyfus Music. Francis Dreyfus wylansował takie gwiazdy jak Jean Michel Jarre, Petrucciani, lista jest długa! Zaproponowano mi współpracę, ale ja nie miałam jeszcze konkretnego repertuaru, więc dostałam tekst, abym napisała muzykę. Z niepokojem przyjęłam to zamówienie, bo to było dla Marie-Amélie Seigner, siostry żony Polańskiego, Emmanuelle.

Skoczyło mi serce i podeszłam do tej muzyki poważnie. Na szczęście się spodobała i tym sposobem wkręciłam się w ten paryski światek muzyczny.

Był sukces?

Marie-Amélie zaczynała dopiero śpiewać. Niestety, jej znana starsza siostra aktorka również postanowiła śpiewać i przyćmiła ją swoją sławą. Między siostrami powstał chyba mały konflikt. Znana aktorka okazała się wziętą piosenkarką. Ale ja i tak byłam bardzo zadowolona, bo nasza piosenka „Les Allées du Luxembourg’’ była nazwana perełką w albumie, a moje nazwisko widniało obok znanych francuskich gwiazd, takich jak Benjamin Biolay. Tak zaczęła się moja przygoda z muzyką i tak sobie cały czas trwa.

Po Paryżu miałam jeszcze przygodę z Kostaryką. Poznałam kogoś i poleciałam tam, prosto w samą dżunglę, do raju, daleko od cywilizacji. Na początku tylko na wakacje. Okazało się jednak, że na dłużej, i jak to ja zaczęłam tam poszukiwać muzyki. Zostałam zaproszona przez zespół Editus na nagrania płyty 360 Tresesenta, później śpiewałam z nimi przed 5-tysięczną publicznością. To było megaprzeżycie. Żyłam wśród najszczęśliwszych ludzi na świecie (z tego słynie Kostaryka), wśród wód oceanu i dżungli i wtedy zapragnęłam wrócić do Europy, do Polski. Zaczęło mi brakować tego wszystkiego, co kiedyś tu zostawiłam.

A najbardziej czego Ci brakowało?

Pomyślałam, że od lat mam w sobie moją Poświatowską. Poetkę, kobietę, która mnie zafascynowała. Odkryłam ją podczas studiów w Paryżu dzięki Isabelle Macor, która przetłumaczyła jej wiersze na język francuski. Wtedy zapragnęłam przeczytać wszystko, co napisała Poświatowska po polsku. Zakochałam się w jej stylu pisania. Czytałam kolejne wiersze i pisałam do nich muzykę. Potem poznałam żyjącą wtedy jej matkę, spotkałam jej rodzeństwo. Poświatowska we mnie latami dojrzewała. I kiedy poczułam, że przyszedł ten czas, wróciłam w 2011 roku do Polski. Wróciłam z moją Poświatowską.

 

Wtedy Cię poznałam, miałam przyjemność być na Twoim koncercie domowym na Siennej. Siedziałaś na krześle przy fortepianie, miałaś wtedy jej wiersz wypisany na przedramieniu i przepięknie grałaś, czytałaś i śpiewałaś. Było nas tam jakieś 30 osób, a Ty stworzyłaś wtedy arcydzieło. Ten wieczór pamiętam do dziś.

No tak, właśnie! Ty jesteś jedną z nielicznych osób, które wiedzą o skromnych początkach Poświatowskiej u mnie w domu, w małym gronie. Ale ja chciałam, żeby to wyszło z moich czterech ścian. Stworzyłam wtedy plan”A” i plan „B”.

Napisałam sztukę. Spektakl „ Właśnie kocham. Poświatowska’’, w którym połączyłam wiersze, fragmenty prozy i listów Poświatowskiej. Ośmieliłam się pokazać całość Pani Krystynie Jandzie. Poprosiłam ją o opinię. Pani Janda, jak się okazało, również bardzo lubiła Poświatowską. Zaprosiła mnie ze spektaklem gościnnie do Teatru Polonia, żeby w ten sposób uczcić 80. rocznicę urodzin poetki. Wtedy uwierzyłam, że marzenia się spełniają. Zdobyłam swój szczyt, a moja Poświatowska zaistniała.

A plan „B”?

Teraz go realizuję. Podczas przygotowań do spektaklu nagrałam solową płytę „Właśnie kocham. Poświatowska’’. Poszłam z tymi moimi fortepianowymi kawałkami poświatowskimi do Leszka Możdżera. Powiedziałam, że moja Poświatowska jest w prostej sukience, ale marzy mi się jeszcze Poświatowska w haute couture! I tak powstały aranże owiane kosmiczną poświatą.

Właśnie kończymy nagrywanie, a ja nie mogę się doczekać rezultatu.

Zawsze będę Poświatowską grać, śpiewać, zawsze… obie wersje na przemian i tę teatralną i tę kosmiczną.

Żyjesz życiem Poświatowskiej, muzyką, czy również miałaś czas na ułożenie sobie życia?

Wiesz, życie samo się układa codziennie. Trzeba umieć się temu poddać. Ciągle się tego uczę. Wydarzyło się wiele rzeczy, dzięki którym przystanęłam. Oprócz uprawiania  pasji zaistniało we mnie życie i jeszcze udało mi się pożyć nie tylko od koncertu do koncertu. A to duże wyzwanie.

Muzyka była, jest i będzie. A ja? Pytam siebie czasami słowami Poświatowskiej „czy świat umrze trochę / kiedy ja umrę’’ i natychmiast słyszę jej odpowiedź „ to tylko dzień odchodzi / teraz jest’’. I tak wczuwając się w „teraz”, nie myślę już o tym, co będzie. I tak jest lepiej, tak jest dobrze.

Photo: Michał Czajka
Stylist: Karolina Ciszewska
Make Up&Hair: Anja Keller

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ