Michał Trzeciakowski

Znany warszawski skater

0
896

– Zacząłem jeździć, gdy miałem jedenaście lat. Zachorowałem i trafiłem do szpitala. Okazało się, że miałem cukrzycę. Wtedy na urodziny dostałem porządną deskorolkę i tak to się zaczęło. Zacząłem jeździć na oddziale, bo panie w szpitalu wolały pozwolić mi na to przez piętnaście minut i mieć spokój niż użerać się ze mną przez cały dzień. Potem wyszedłem z deskorolką na zewnątrz – mówi Michał „Misiek” Trzeciakowski, znany warszawski skater.

Michał, czym się zajmujesz?

Po pierwsze studiuję grafikę na Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych To jest moja praca i rozwijam zainteresowania w tym kierunku. Ponadto, ponad połowę swojego czasu spędzam jeżdżąc na deskorolce. I robię to już od trzynastu lat.

MICHAŁ TRZECIAKOWSKI FOT TADEUSZ RURKA1
Fot. Tadeusz Rurka

Od kiedy jeździsz na deskorolce?

Zacząłem jeździć, gdy miałem jedenaście lat. Zachorowałem i trafiłem do szpitala. Okazało się, że miałem cukrzycę. Wtedy na urodziny dostałem porządną deskorolkę i tak to się zaczęło. Zacząłem jeździć na oddziale, bo panie w szpitalu wolały pozwolić mi na to przez piętnaście minut i mieć spokój, niż użerać się ze mną przez cały dzień. Potem wyszedłem z deskorolką na zewnątrz. Miałem w tym dużą pomoc ze strony rodziców, zwłaszcza mamy, która się bardzo zaangażowała. Jak mówiłem wcześniej, jeżdżę już trzynastu lat i w pewnym momencie zacząłem osiągać sukcesy. W tym się realizuję do dziś.

Brałeś udział w zawodach?

Zawsze brałem udział w zawodach. W ciągu tych kilkunastu lat kilka z nich nawet wygrałem. Ale w skatingu nie chodzi tylko o zawody, ale o to, aby jeździć z kolegami, fajnie spędzać czas na dworze, nie siedzieć tylko w domu, poznawać ludzi. No… To mnie wiele nauczyło.

Gdzie jeździsz w Warszawie?

W Warszawie powstaje coraz więcej miejsc do jazdy na deskorolce. Jednak jesteśmy jeszcze daleko za krajami zachodnimi, gdzie to jest bardziej rozwinięte. W Ameryce skatepark jest na co dziesiątej ulicy i więcej dzieci jeździ tam na deskorolce niż gra w bejsbol. To taka ciekawostka. W Warszawie tych miejsc jest kilka, teraz powstał skatepark na Kabatach, bardzo fajnie zaaranżowany. Jest skatepark na ulicy Potockiej, na Żoliborzu i kilka innych. W skateparku fajnie się jeździ, bo tam są różnorodne przeszkody w jednym miejscu. Dzięki temu można się uczyć i rozwijać cały czas. Na deskorolce człowiek nie przestanie się uczyć. Nie ma osoby, która by umiała wykonać wszystkie tricki w ogóle możliwe do wykonania na deskorolce.

Gdzie są najfajniejsze i najciekawsze miejsca?

Trudno powiedzieć, bo cały czas powstają nowe ciekawe skateparki i ciężko byłoby je zliczyć oraz sklasyfikować. Jazda na deskorolce tak się już rozwinęła, ludzie zaczęli takie cuda wyczyniać, że oglądając filmy, które czasami pojawiają się w Internecie, pomimo mojego trzynastoletniego doświadczenia nie jestem w stanie powiedzieć, jaki ktoś dokładnie zrobił trick. Cały czas się tym interesuję, rozmawiam z ludźmi, słucham… I tyle tego jest, że nie ma możliwości, żeby nauczyć się wszystkiego.

Wymień kilka najfajniejszych „miejscówek” na deskorolki w Warszawie, pomijając skateparki.

Po pierwsze w ubiegłym roku niestety zostało zburzone przez władze Ursynowa bardzo fajne miejsce. To były korty i murki z płytami marmurowymi, które deskorolkowcy własnymi rękami budowali. Płyty marmurowe były zakupione z zakładu pogrzebowego przez kogoś, kto tam pracował. Wszystko było położone na zniszczonych kortach i przez dobrych kilka lat nikomu to nie przeszkadzało. Jak widać do czasu… Poza tym, jest miejscówka przy PKP Powiśle, pod mostem Poniatowskiego, bardzo fajna, też zbudowana przez skatów. Czasami skate’ci się zrzucają, ktoś podejmuje inicjatywę, bierze sprawy w swoje ręce i tam buduje miejscówkę do jazdy na deskorolce, bo uważa, że inne nie są na tyle ciekawe, żeby tam przez cały czas jeździć. Zresztą te miejsca się nudzą. Z czasem każdemu coś zaczyna nie odpowiadać. Nie da się całe życie jeździć w jednym miejscu, bo można by oszaleć. Trzeba podróżować, jeździć… Cały czas budują się nowe miejsca. Czasem jak coś zostanie zburzone to w tam też powstaje jakaś miejscówka. Bardzo znana jest przy pomniku na placu Trzech Krzyży, kolejna, bardzo fajna, była na Starym Mieście, przy kolumnie Zygmunta.

Dlaczego była?

Kiedyś tam jeździliśmy, potem została przebudowana i już nie jest taka fajna. Ale czasami tam bywamy, bo to nam przypomina nasze dzieciństwo, kiedy spędzaliśmy tam całe dnie na deskorolce. Tak samo na placu Trzech Krzyży. Ostatnia miejscówka w Warszawie, która przychodzi mi do głowy, to obok pomnika Napoleona przy Narodowym Banku Polskim. Tam są trzy marmurowe schodki, po których można się fajnie ślizgać i rzadko stamtąd wyrzucają. A to jest zaleta, jeśli można gdzieś pojeździć dłużej niż pięć albo dziesięć minut, zanim jakiś ochroniarz nas dopadnie, albo ktoś nie zadzwoni po policję, która nas wygoni. Na szczęście, nawet jeśli ktoś zgłosi, to czas przyjazdu policji jest bardzo długi, więc można jeszcze trochę pojeździć. Ale pamiętamy o tym, że w niektórych miejscach nie wolno skate’ować, bo jest to zabronione i ktoś tego sobie po prostu nie życzy. Zaś niektóre tereny są prywatne i nie ma co z tym dyskutować.

MICHAŁ TRZECIAKOWSKI FOT TADEUSZ RURKA
Fot. Tadeusz Rurka

Mówiłeś, że ten sport dużo cię nauczył, konkretnie czego?

Tego, że nie można się poddawać i całe życie się uczymy. I to nie jest tak, że poświęci się na coś rok i osiągnie wszystko, osiadając na laurach. Na przykład: będziemy jeździć świetnie na deskorolce. Trzeba coś zrobić po paręset lub nawet tysiąc razy, aby nam to wyszło i żeby wyglądało tak, jak tego oczekujemy. Wykonuję wiele tricków, ale to nie to samo, co je umieć. Czasami ucząc się danego elementu siedzimy w jednym miejscu od rana do wieczora, zakatowani, pot się z nas leje… Ale nikt się nie poddaje aż nie skończy tricku. I kiedy się wreszcie uda, jest radość nie do opisania. To ogromna satysfakcja, która jest zawsze, gdy człowiek wkłada w coś ciężką pracę, poświęca na to naprawdę dużo czasu i wreszcie osiąga sukces. Z moich doświadczeń wynika, że nie wszystko przychodzi łatwo. I dzięki takiej wiedzy, kiedy poszedłem na uczelnię, gdzie musiałem rysować i malować, też nie poddawałem się, jak coś mi nie wychodziło od razu. Przypominałem sobie wtedy, jak uczyłem się trików na desce. I pomagało.

Wiem, że też dzięki uprawianiu skatingu miałeś w swoim życiu epizod aktorski. Jak to się stało?

To było zabawne, bo nawet nie poszedłem na casting, tylko na zawodach pod Pałacem Kultury podeszła do mnie pani i zapytała się, czy może mi zrobić parę zdjęć, bo szukają aktorów do filmu. I ja się na to zgodziłem. Potem dzwonili raz, drugi, trzeci… Przychodziłem do ich biura na przymiarki. Następnie ważyła się decyzja, kto ostatecznie zagra główną rolę – ja czy kolega, którego tam poznałem i teraz jesteśmy dobrymi kumplami. A wtedy w pewien sposób rywalizowaliśmy. Ostatecznie to on zagrał tę główną rolę. Bardzo się cieszyłem z takiej decyzji, ponieważ to było moje pierwsze doświadczenie z filmem, więc brakowało mi pewności siebie. Nie jestem z natury jakoś szczególnie nieśmiały, ale mimo wszystko wiele rzeczy okazało się dopiero na planie filmowym i niektórych z nich naprawdę nie dało się przewidzieć.

Jakich?

Na przykład: nagrywaliśmy scenę z jednego ujęcia – miałem wyjąć zapalniczkę i papierosy, następnie zapalić papierosa, włożyć paczkę z powrotem i schować zapalniczkę. Zrobiłem to na pierwszym ujęciu, podchodzimy do drugiego i pytają się mnie: którą ręką wyjąłeś, którą zapaliłeś, którą schowałeś? O matko święta, nie pamiętam! Nie przyszło mi do głowy, żeby zastanawiać się nad tym. I trzeba to było powtórzyć, bo nie mogło być tak, że najpierw w ujęciu trzymam papierosa w jednej ręce, a sekundę dalej już w drugiej. Więc okazało się, że trzeba wszystko pamiętać. Kiedy rzucałem w kolegę z basenu piłkami, to potem musiałem pamiętać wszystkie kolory jakimi w kolejności rzucałem, bo za każdym razem musiałem już rzucać tak samo, itd.

Co to był za film?

„Bejbi blues” w reżyserii Katarzyna Rosłaniec.

Film był w kinach?

Tak, nawet miał huczną premierę. Fajnie było uczestniczyć w tym wszystkim, bo pierwszy raz w życiu mi się coś takiego przytrafiło i nie żałuję, że wziąłem w tym udział.

Wiem też, że miałeś epizod z malowaniem fresków, co to było?

Było to w związku z pracą, którą podjąłem. Podczas studiów na uczelni chciałem się rozwijać w tym kierunku i łapałem się każdej roboty, jakiej mogłem, byle była związana z rysunkiem, grafiką czy malarstwem. Przy freskach pracowałem w Pałacu Pod Blachą, to jest część Zamku Królewskiego. Robiliśmy tam tak zwane boniowanie, czyli malowaliśmy techniką freskową na ścianach, co później wyglądała tak, jakby były tam położone płytki. Efekt był świetny, zaliczyłem tam nawet swoje praktyki uczelniane, bo pracowałem ponad 120 godzin. Jest to kolejna rzecz, z której bardzo się cieszę, że wziąłem w niej udział.

Co dla ciebie jest najlepsze z życia?

Szczęście. Jestem szczęśliwy. A jeśli coś lub ktoś staje nam na drodze do szczęścia, to nie można się poddawać. Zawsze trzeba brać sprawy w swoje ręce. Robić, co można i dążyć do perfekcji.

A szczęśliwy jesteś bo…?

Bo korzystam z życia, nie nudzę się, mam super dziewczynę, świetnego psa, fajną uczelnię, ciekawą pracę – bo robię też grafiki na zlecenie dla firmy Panasonic. Więc naprawdę nie mogę na nic narzekać. Jedynie może na to, że miałem ostatnio kontuzję kolana, a w jej konsekwencji operację. Zerwałem wiązadło krzyżowe w prawej nodze. Podczas operacji zrobiono mi jego rekonstrukcję. Od pół roku się rehabilituję i w ciągu kilku miesięcy wskoczę z powrotem na deskę. Więc tak naprawdę jest to powód do radości, a nie do narzekania, bo już bliżej niż dalej. Nie ma co rozgrzebywać tego, co jest złe, trzeba się cieszyć tym, co jest dobre.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ