Najlepsze z życia… to dobre towarzystwo i dobre podróże

0
664

 

Najlepsze z życia… Mogłabym wymienić kilka takich historii, ale po przemyśleniu doszłam do wniosku, że na łamach na wskroś kobiecego pisma jest miejsce na coś tak wartościowego, jak kobieca przyjaźń, która nabrała szczególnego znaczenia teraz, kiedy wszystkie przekroczyłyśmy już piątą dziesiątkę życia. Jest nas spora grupa (dziewięć kobiet), staramy się spędzać ze sobą tyle czasu, ile się da, chodzimy razem do teatru, celebrujemy wspólnie imieniny, przeżywamy razem radości i porażki, raz w roku wyjeżdżamy razem na tydzień nad morze. Łączą nas wspólne pasje – są wśród nas brydżystki, miłośniczki fitnessu, kreatywne kuchareczki. Jest też grupa miłośniczek europejskich miast, do której i ja się zaliczam, pomyślałam więc, że miło będzie powspominać nasz pierwszy wspólny wyjazd, napisać o czymś, co bardzo lubię – o podróżowaniu.

Nie ma nic odkrywczego ani oryginalnego w tym, że uwielbiam podróżować. Większość ludzi, zapytana o zainteresowania czy pasje, wśród kilku innych wymieni właśnie odwiedzanie nieznanych wcześniej miejsc. Ludzie ruszają w podróże z różnych powodów – jedni chcą zwiedzać, inni wylegiwać się na plażach, ale zawsze jest to odkrywanie innych kultur, ich smaków, zapachów, ludzi. Ja lubię obie te formy wypoczynku, ale od pewnego czasu ciągnie mnie do włóczenia się po miastach, podziwiania ich architektury, zaglądania do wnętrz muzeów i zachwycania się dziełami sztuki. Spotkanie z dużym miastem jest też okazją do przeżycia nieraz zaskakujących przygód, bo miasto to też ludzie, a kontakt z nimi dodaje kolorytu każdej podróży.

Wiadomo, że do tego, aby eskapada udała się w pełni, potrzebne jest wspaniałe towarzystwo. Zebrałyśmy się więc we cztery i uradziłyśmy, że na pierwszy ogień w naszych planach wyjazdowych pójdzie Paryż. Któż nie marzy, żeby zobaczyć to cudowne miasto?! „Jest pięknie!”, powtarzała A. od chwili, gdy wysiadłyśmy na lotnisku w Paryżu. I nie tylko miała na myśli oglądane widoki, ale też cieszyło ją nasze towarzystwo, perspektywa fajnie spędzonego tygodnia. No i ten tydzień był cudowny!

Paryż fot Michał Czajka

Okazało się, że mamy hotel tuż przy Łuku Triumfalnym i bardzo blisko Wieży Eiffel’a. Nie aż tak duże odległości do musée d’Orsay i pałacyku Rodina. Champs-Élysées na wyciągnięcie ręki! No to zaczynamy! Pokrzepione poprzedniego wieczoru pysznym francuskim winem ruszamy na podbój Paryża. Postanawiamy zacząć od miejsca najdalej położonego od naszego hotelu, a mianowicie od Montmartre. Po dłuższych kombinacjach udało nam się kupić bilety na autobus, wsiadłyśmy i… na następnym przystanku kazano nam wysiąść – koniec trasy! Dzięki sympatycznej Polce dowiedziałyśmy się, co robić dalej, bo żadna z nas, niestety, nie mówi po francusku – a to taki piękny język! Dotarłyśmy na Montmartre, oglądając przez okna autobusu paryskie ulice. Zaskoczeniem jest jednolita kolorystyka kamienic, balkony z kutego żeliwa – wszędzie tak samo! Miałam wrażenie, że pomimo przemieszczania się, jestem wciąż w tym samym miejscu… Wreszcie – Montmartre i monumentalna bazylika Sacré-Coeur. Surowe wnętrze rozczarowuje, ale wysoko wzniesione kopuły budzą respekt. Uliczki najstarszej dzielnicy Paryża są pełne turystów, którzy przeciskają się między straganami z pamiątkami. Nagle w różnobarwnym tłumie pojawia się grupa młodych mężczyzn, ubranych jednolicie w granatowe spodnie, białe, wyglądające na mundurowe, koszule i okrągłe biało-granatowe czapki z daszkiem. Widać, że wzbudzają zainteresowanie, ale idą naprzód grupą, nie niepokojeni przez nikogo. Dopiero w jednym ze sklepików, oglądając pamiątki z Paryża, słyszę obok siebie rozmowę. Para zamożnie wyglądających Anglików pyta o coś dwóch umundurowanych chłopaków, chłopcy jednak nic nie rozumieją. Niewiele myśląc zagadnęłam, że mogę posłużyć za tłumacza (nareszcie na coś się przydały te lata nauki rosyjskiego w szkole!). Anglicy byli ciekawi, skąd pochodzą młodzi mężczyźni (z Rosji), ile mają lat (dziewiętnaście) i czy służą na „ship”, czyli na okręcie. Tacy młodzi – dziwili się Anglicy, ale najwyraźniej ucieszyło ich to spotkanie, a chłopcy z wypiekami na twarzach przystąpili do oglądania kubeczków z napisem „Paris”. My podjęłyśmy włóczęgę po uliczkach Montmartru, ale w końcu trzeba było poszukać drogi powrotnej do hotelu. Kiedy dotarłyśmy do jakiejś głównej ulicy, okazało się, że jesteśmy tuż przy Moulin Rouge! Kilka obowiązkowych fotek na tle czerwonego wiatraka i spacer w kierunku przystanku.

Wieczorem – wieża Eiffel’a. Znów tłum turystów, gigantyczna kolejka po bilety i wjazd na samą górę. Co za widok! Nad Paryżem zapadał zmrok – srebrzące się w dole miasto powoli zapalało lampy uliczne, aż w końcu rozbłysło milionami złotych świateł. Na koniec wieża Eiffel’a pożegnała nas nocną iluminacją omiatającą strumieniem świateł całą okolicę. Minął dopiero pierwszy dzień, a moje stopy już zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Boooolą! Kto był w Paryżu, wie, że wygodne buty to podstawa.

Kolejne dni – kolejne miejsca do zwiedzania. Luwr odwiedziłyśmy dwa razy, ale i tak nie udało się nam zobaczyć wszystkiego. Najpierw pobiegłyśmy obejrzeć Mona Lisę. Tłum turystów z aparatami uniesionymi do góry – każdy chce mieć swoje zdjęcie tego słynnego portretu. Zrobiłyśmy kilka fotek i poszłyśmy dalej. W drodze powrotnej zabłądziłyśmy i wyszłyśmy bocznym wejściem wprost na pustą salę z obrazem Leonarda da Vinci! Strażnicy już pożegnali ostatnich turystów, ale nam pozwolili sfotografować się na tle obrazu. Te zdjęcia uważamy za wyjątkowe, miałyśmy niesamowite szczęście! Innego dnia koniecznie chciałam obejrzeć obrazy Caravaggia, ale, ku mojemu rozczarowaniu, w Luwrze był tylko JEDEN! Jak mi wyjaśnił strażnik pilnujący sali, mają w sumie trzy, ale jeden poszedł do konserwacji, a drugi został wypożyczony na jakąś wystawę. Niepocieszone poszłyśmy dalej. M. przywołuje mnie, żeby pokazać „Koronczarkę” Vermeera. Duże zaskoczenie: obrazek jest malusieńki: 24,5x21cm! Ale scenka rodzajowa piękna – ubrana w piękny czepiec dziewczyna w absolutnym skupieniu wykonuje swoją „koronkową” pracę. Luwr zaliczony – trzeba przecież zobaczyć coś jeszcze w tym Paryżu!

Znów wędrówka przez miasto i oglądanie następnych arcydzieł. Katedra Notre Dame, Muzeum d’Orsay z dziełami impresjonistów – piękny dziewiętnastowieczny dworzec kolejowy po przebudowie stał się świątynią sztuki. Chwila wytchnienia w ogrodach pałacyku Rodina, gdzie podziwiałyśmy jego fantastyczne rzeźby – „Bramę Piekieł” inspirowaną przez „Boską Komedię” Dantego, „Myśliciela”, „Pocałunek”. Piękna pogoda, mnóstwo róż, idealnie przycięte krzewy, przy okrągłej fontannie na trawie ustawione leżaki dla strudzonych turystów.

Paryż 2 fot Michał Czajka

Któregoś dnia postanowiłyśmy odpocząć nieco. Wybrałyśmy się na wycieczkę statkiem po Sekwanie – jaka ta rzeka wąska! Na statku wszystkie miejsca zajęte. Wśród pasażerów jakaś wycieczka dzieci w wieku około ośmiu, dziewięciu lat, spora grupa Japończyków. Ruszamy. Młody pilot wita nas w dziesięciu chyba językach – przywitał się nawet po japońsku, po polsku niestety nie. Przyjemnie jest spojrzeć na miasto z perspektywy rzeki. Każdy turysta ma do dyspozycji słuchawkę, z której po naciśnięciu odpowiedniego guzika płynie opowieść o mijanych miejscach. Początkowo ustawiłam na angielski, ale A. mówi, żebym spróbowała rosyjskiego. Włączam i słyszę: „Eta Luwr. Siuda nachoditsa kartina Mona Lisa i jej priekrasnaja ułybka”. Na mojej twarzy również pokazała się „ułybka” i już pozostałam przy języku rosyjskim. W przerwach między mijanymi miejscami w tle puszczano francuską muzykę, Edith Piaf, utwory akordeonowe. Nagle – wielki hit Joe Dassina – „Les Champs-Élysées”. Niewiele myśląc, zaczęłyśmy z dziewczynami śpiewać refren i – o dziwo! – za nami ruszyła cała wycieczka . Dzieciaki, Japończycy i kto tam jeszcze był. Zrobiło się wesoło i na te kilka chwil grupa się zintegrowała.

Bardzo miło wspominam nasze przypadkowe „spotkanie” z francuskim targiem. Na jednej z ulic nad Sekwaną rozpostarły się stragany z cudownościami z pobliskiej prowincji: przepiękne kwiaty, sery, mięsiwa najprzeróżniejsze, wędliny. Czego tam nie było! Od samego patrzenia ślinka ciekła. Buszowałyśmy z U. wśród tych cudowności, chłonąc zapachy, odpowiadając na uśmiechy sklepikarzy częstujących nas swoimi produktami. Było nam strasznie żal, że nie możemy zrobić zakupów, ale zmierzałyśmy właśnie do Galerii d’Orsay, trudno więc byłoby cały dzień nosić w plastikowej siatce produkty spożywcze…

W wędrówce przez Paryż spotykałyśmy wielu ludzi, paryżanie okazali się bardzo mili i, co ważne, chcieli rozmawiać po angielsku. Nie jest to takie oczywiste, byłam bowiem wcześniej kilkakrotnie na południu Francji i tam nie było tak różowo. Tamtejsi ludzie (nie wszyscy, oczywiście) wydawali mi się niezbyt przyjemni i zarozumiali, w Paryżu rzecz się miała zupełnie inaczej – miłe zaskoczenie. Na przykład, jakiś pan w metrze nie dziwił się naszej nieporadności, kiedy chciałyśmy kupić bilety z automatu, pomógł i pokazał, co po kolei robić. M. była świetna w czytaniu planu metra, dzięki czemu ani razu nie zabłądziłyśmy i przesiadałyśmy się tam, gdzie trzeba. „Schodziłyśmy” nogi, ale było warto. Nie zdążyłyśmy jednak zobaczyć Dzielnicy Łacińskiej i nie weszłyśmy na dach Łuku Triumfalnego, choć miałyśmy do niego kilka kroków z hotelu. Może jeszcze kiedyś wrócimy, aby dokończyć to, co się tak dobrze udało. Na razie jednak obrałyśmy sobie kolejny cel: za rok – Rzym!

tekst: Barbara Ogonowska

zdjęcia: Michał Czajka