Warszawski Szyk – Z Miłości do Warszawy

Autor: Justyna Krajewska Dziennikarka od lat zakochana w Warszawie, jej historii i klimacie, ceniąca sobie wartości, które stają się coraz mniej popularne. Gdyby miała urodzić się raz jeszcze, byłyby to czasy przedwojenne, bo właśnie z tamtą epoką jest jej najbardziej po drodze…

0
1251

Warszawski szyk. Dwa krótkie słowa wyrażające tak wiele, bez zbędnych, patetycznych wyjaśnień. Od pokoleń mają podobne znaczenie, wymowę opisującą wiele aspektów zarazem. Cóż Paryż, cóż Wiedeń, Londyn? To mieszkańcy Syreniego Grodu kreowali trendy w modzie największych elegantek i fest dżentelmenów.

Przedwojenne ulice Warszawy nasycone były butikami modystek, kapeluszników, szewców, kuśnierzy. W Domu Towarowym Braci Jabłonkowskich czy w Domu Mody Bogusława Hersego dostać można było wszystko co potrzebne, aby ubrać się od stóp po czubek głowy – jedwabne pończochy, atłasową bieliznę, najmodniejsze sukienki, szale, kapelusze, parasole, rękawiczki.

Dawniej bowiem damska garderoba bogatsza była o wiele elementów ubioru, dziś już niefunkcjonujących. Kobieta stanowiła swoiste epicentrum skupiające na sobie wszystko to, co było jej zbędne i nade wszystko potrzebne. Ubiór podkreślał status społeczny, uwydatniał bogactwo, często próbował ukryć biedę. Aktorki warszawskich scen strojone były w garderobę szytą przez najznakomitszych krawców, którzy w zamian za reklamę – podpis na afiszu – tworzyli prawdziwe arcydzieła.

Wart zaznaczenia jest fakt, iż dawniej wszystko wykonywano ręcznie. Zatem zanim np. Hanka Ordonówna, pieśniarka Warszawy, pojawiła się na scenie w sukni wyszywanej kryształami, kilka szwaczek dniami i nocami z mozołem wszywało świecidełka. Moda w przedwojennej stolicy miała okres ważności krótkoterminowy. Co kilka miesięcy, aby pozostać w dobrym guście, należało zmienić kapelusz, wybierając go adekwatnie do ówcześnie panujących trendów. Dom Towarowy Braci Jabłkowskich co sezon wypuszczał katalog, który wysyłany był do klientów, prezentujący najnowsze trendy.

Zimą prawdziwe damy musiały ogrzewać się futrami – norki, szynszyle, lisy. Szykowna kobieta bez futra zostawała tylko kobietą marzącą o posiadaniu futra. Latem najnowsze kroje sukienek, kostiumów kąpielowych, nawet czepków pływackich świadczyły o elegancji danej białogłowy. Moda uwydatniała talię, podkreślała biust, nie pokazując zbyt wiele, stanowiła element fascynacji obojga płci. Niestosownym było, aby kobieta pokazywała zbyt odkryte nogi – na to mogły pozwolić sobie jedynie tancerki, jak Zula Pogorzelska czy Loda Halama. Poza sceną jednak zachowywały obowiązujące normy. Spódnice musiały zakrywać kolana, obcas nie mógł być za wysoki, odsłonięty dekolt był domeną girlsów występujących w rewiach. Dama świeciła swoim urokiem wewnętrznym, nie ciałem, powalała spojrzeniem, nie bezczelnością.1-M-3090-5

W obecnych czasach kobiety pozbyły się modowych konwenansów. Są wyzwolone, chodzą w spodniach, męskich marynarkach, koszulach. Magdalena Samozwaniec zapewne byłaby z tego faktu zadowolona. Zastanawia mnie jednak, czy męska część społeczeństwa z aprobatą przyjmuje te zmiany? Kobieta, muszę przyznać to z nutą nostalgii, straciła swoją powabność, lekkość w sposobie bycia, tajemniczość skrywaną nie jedynie za ubraniem, lecz przechowywaną dla kogoś wyjątkowego w oczach. Zmieniło się nie tylko to, co w głowie, ale także to, co na niej. Dawne fale, loki, upięcia zostały zastąpione przez wygolone do połowy głowy, kolory, widząc które można zadać sobie pytanie – czy inspiracją do tego wyboru był paw, paleta malarska, czy może błąd fryzjerski? Wszystko stało się bardzo ,,oczywiste”, dosłowne, wręcz krzyczące. Delikatność twarzy damskich została nachalnie zakamuflowana zbyt mocnymi makijażami. Zupełnie, jak gdyby natura stała się passé…

Mężczyźni przedwojennej Warszawy uwielbiali podkreślać swoją męskość doskonale skrojonym garniturem, błyszczącymi lakierkami, najnowszym krojem kapelusza, dodającym tym niezbyt wysokim kilka centymetrów, tym zbyt szybko tracącym włosy trochę uciekającego czasu. Za sprawą nakrycia głowy Marian Hemar zyskiwał na wzroście, Mieczysław Fogg nabierał tajemniczości, romantycznej urody Franciszek Brodniewicz stawał się wyrazisty. Przywdziewano również muszki, krawaty. Kieszenie marynarek zdobiły butonierki dobierane pod kolor reszty stroju. Diabeł dosłownie tkwił w szczegółach. Mały dodatek, jak spinki do mankietów czy igła w kapeluszu lub marynarce, tworzył miano dobrego gustu właściciela. Można zadać sobie pytanie, co nam zostało z tamtych lat? Warszawska moda zmieniła się bezpowrotnie, nadal jednak potrafi zaskakiwać, bawić, napawać niepokojem lub wprawiać w zachwyt. Męskie kapelusze zastąpiły czapki z daszkiem, materiałowe nakrycia głowy w przeróżnych kolorach, formach, fakturach. Garnitury szyte na miarę u przedwojennych stołecznych krawców, jak Zaremba, Lipszyc, Sznajder czy Sikorski, w tamtych pięknych czasach były bazą dla każdego eleganta ceniącego swój wizerunek. Dwurzędowy garnitur, płaszcz w wersji zimowej i letniej, frak, smoking, białe rękawiczki, wyjściowy parasol – to tylko kilka elemantów przedwojennej męskiej garderoby, bez której mężczyzna nie mógł w pełni określać się mianem szykownego dżentelmena. W dobie sklepów sieciowych powyżej wspomniane elementy ubioru stały się częścią garderoby tzw. ,,wyjściowej”. Wszystko to na korzyść wygodnych jeansów, bluz z kapturem, skórzanych kurtek, t-shirtów. Mężczyźni są bardziej kobiecy. Pokuszę się o stwierdzenie, że nazbyt delikatni, powabni. Przez wieki określenia pasujące do płci „brzydkiej” uległy przebiegunowaniu. Niejednokrotnie reliktem – symbolem ,,męskiego” wizerunku pozostała fryzura. Nastąpił wielki powrót fryzur noszonych w przedwojennej Warszawie. Dłuższe włosy zaczesane do tyłu à la Adolf Dymsza, Jan Kiepura, Henryk Jarosy…

1-K-12591-6Warszawski szyk bez wątpienia zmienił swoją formę. Ma jednak kilka cech, które bezapelacyjnie go wyróżniają. Po pierwsze nie chodzi o to, co nosimy, tylko jak jest to noszone. Szyk, o którym mowa, jest to bowiem coś nienamacalnego. Warszawski szyk to spojrzenie, sposób poruszania się, finezja mówienia, dopiero na końcu garderoba. Lakierki przedwojennych dżentelmenów zastąpiły air maxsy, skórzane pantofelki, bikersy… Jest jednak coś w sposobie ,,wyglądania” warszawiaków, co czyni ich wyjątkowymi, może za sprawą nadwiślańskiego powietrza? Kiedy, spacerując, spotykam młodzieńca w kaszkiecie w kratkę, chłopaka w długim płaszczu, którego nie powstydziłby się Bogart lub młodą dziewczynę, u której dostrzega się urodę, a nie stylizację, budzi się we mnie poczucie, że jednak zostało coś z tamtych lat. Lat, w których warszawianka Władysława Kostakówna, została Miss Polonia (1929). Lat, w których Jan Kiepura (elegancki nawet kiedy spał) śpiewał dla przechodniów z balkonu hotelu Bristol. Lat spacerujących ulicą Marszałkowską, Alejami Ujazdowskimi warszawiaków, będących niczym szlachetne, błyszczące klejnoty. Warszawski szyk nie łączy się ze statusem majątkowym, stanem konta, czy epatowaniem znaczkami na metkach. Warszawski szyk to od pokoleń niezmienna moda na bycie sobą, we własnej skórze, nie w przebraniu.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ