Autor zdjęć: DMT8 MEDIA
Modelka: Agata Baran
Makijaż: BLUEBRUSH87
Projekty: Daniel Jacob Dali
Autor zdjęć: DMT8 MEDIA
Modelka: Agata Baran
Makijaż: BLUEBRUSH87
Projekty: Daniel Jacob Dali

Ale była to twoja pasja?
Taniec zawsze był moją pasją. Gdyby nie to, to nie chciałabym przechodzić tych wszystkich katuszy w szkole baletowej, zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Mieszkałam daleko od szkoły i trzeba było codziennie półtorej godziny w jedną stronę dojeżdżać. O 7 rano wyjazd, na 8.30 do szkoły, i powrót czasami też bywał dopiero o godzinie 21. Nasza szkoła była połączeniem szkoły ogólnej z baletową i muzyczną. Obowiązkowo mieliśmy zajęcia z nauki gry na fortepianie, historię tańca, historię sztuki, muzyki itd. To wszystko nas rozwijało. Musieliśmy się orientować we wszystkim, co nas otaczało. W ramach praktyk mieliśmy występy w teatrze z artystami baletu.
W jakich przedstawieniach brałaś udział?
Jako dziecko tańczyłam w Don Kichocie, w Śpiącej Królewnie czy w Jeziorze Łabędzim w największych moskiewskich teatrach. Czasami próby odbywały się do późnych godzin, więc bywało, że w metrze odrabiałam lekcje, jadłam, prawie tam mieszkałam. Dzieciństwa jako takiego nie miałam, bo nie było na to czasu. Nauczyłam się wtedy odporności życiowej, na pewno pokory, współpracy z ludźmi i uczciwej rywalizacji. Nie było łatwo z powodu mojego wysokiego wzrostu, bo był problem z partnerami tancerzami, dlatego że w większości byli ode mnie niżsi. A jak stanęłam na puentach, to przerastałam ich o pół głowy.
Jak wyglądają puenty?
Puenty to takie specjalne baletki ze wzmocnionym czubkiem. To usztywnienie to nie drewniany klocek albo korek, lecz specyficzny klej. W baletkach tancerki stają na czubkach palców. Nie są to jednak wieczne buty, nieraz primabalerina po spektaklu musi je wyrzucić albo przerobić na baletki miękkie, bo stanie na zniszczonych puentach jest bardzo niebezpieczne.
Zaczynaliśmy naukę stania na tych puentach od pierwszej klasy szkoły baletowej i wtedy nie było takich pięknych baletek jak teraz, które można zdobyć, w zasadzie z całego świata. Płytkie, głębokie, na duże lub małe podbicie, wybór jest ogromny. Kiedyś tak nie było, był jeden wzór, jedna forma. Wpychało się tam gazety, watę, żeby zmniejszyć sobie obtarcia nóg i złagodzić ból. Czasami stopy były zranione do krwi, która wychodziła nawet przez te puenty i było widać, kto jak cierpi. Ale to wszystko uczyło nas pokory i odporności, choć nie wszyscy z nas to wytrzymywali, było ciężko.
Czy uczniowie to tylko moskwianie?
W naszej szkole uczyły się dzieci z różnych miast Związku Radzieckiego, ale też obcokrajowcy. Część pedagogów czy tancerzy, ci, którzy tańczą dziś na całym świecie, ukończyli właśnie szkołę baletową w Moskwie czy w Sankt Petersburgu, Permiu. To renomowane uczelnie, liczące się nie tylko w Rosji, ale też na całym świecie.
Jak potoczyła się twoja kariera w Moskwie?
Przez mój wzrost nie mogłam się dostać do niektórych teatrów czy zespołów, w których się widziałam. Weszłam do organizacji MosKoncert, która jednoczyła śpiewaków, akrobatów, tancerzy i konferansjerów. Z jednej strony można pomyśleć, że było to niezbyt prestiżowe, ale nauczyłam się wtedy bardzo wielu rzeczy, które teraz pomagają mi przy robieniu spektakli, widowisk, w pracy z dziećmi czy w ogóle z aktorami. Tańczyłam taniec współczesny, jazzowy i charakterystyczny, ale i balet. Mieliśmy tam dużo zadań aktorskich, a to wszystko później przełożyło się na mój rozwój. Zaczęłam być otwarta na taniec ludowy, śpiew, na formę współczesną i nowoczesną. Poznałam bardzo dużo ciekawych osób, poznałam doskonałych konferansjerów. Teraz, będąc w Polsce, nie widzę takich koncertów, w telewizji nie pokazuje się czegoś takiego, nie łączy się gatunków estradowych. A jak wiadomo, telewizja wyznacza trendy.
Gdzie występowałaś, skoro teatr był poza twoim zasięgiem?
Tańczyłam w duecie z tancerką, która była równie wysoka jak ja. Mówiło się, że jesteśmy wizualnie podobne do zespołu Bakara, bo jedna z nas była blondynką, a druga ciemną szatynką. Miałyśmy zaszczyt tańczyć na najlepszych scenach Moskwy i Związku Radzieckiego, nawet w Teatrze Bolszoj, ponieważ nasza organizacja taneczna prezentowała bardzo wysoki poziom jak na tamte czasy. Także występowałyśmy w Pałacu Kremlowskim przed prezydentami różnych krajów, zatrudniano nas na bardzo prestiżowych imprezach. Wraz z grupą artystów wyjeżdżałam do Laosu, Czech, Niemiec. Nawet w tych trudnych czasach do Afganistanu, gdzie było naprawdę niebezpiecznie. Przez te 10 dni, kiedy tam występowaliśmy, czasami strzelali do naszego helikoptera, raz się przestraszyliśmy, kiedy trzepnęło naszą maszyną. Wtedy już wszyscy się żegnali ze sobą, nikt nic nie powiedział, ale było widać przerażenie na twarzach, a później przez rok nawet czułam w ustach posmak metalu.
Wy tam pojechaliście, żeby umilić czas żołnierzom?
Tak, przylatywaliśmy na 6 rano i tańczyliśmy na różnych scenach. Nawet trudno to było nazwać sceną, bo był tylko beton i na nim postawione ławki lub krzesła, czasami żołnierze po prostu siedzieli na podłodze. Zdarzało się w trakcie występów, że żołnierze, a raczej jakaś jednostka specjalna, szli na zadanie, a wracało tylko parę osób z całej grupy. Słyszeliśmy wybuchy, w hotelu wyłączano nam światło ze względów bezpieczeństwa, baliśmy się. To było takie doświadczenie, które na pewno pozostawiało ślad w psychice. Bardzo było mi szkoda tych młodych chłopaków, bo tak naprawdę nie wiadomo, o co walczyli.
Gdzie poznałaś swojego przyszłego męża?
A to bardzo ciekawa historia. Mojego przyszłego męża poznałam na mieście, podwoziłam go taksówką. Potem poznaliśmy się jeszcze dwa razy, to było bardzo romantyczne, jakby ktoś z góry chciał nas zjednoczyć. Zaproponował mi małżeństwo na pierwszej randce. Powiedział, że miał sen, że wzięliśmy ślub kościelny i dał mi pierścionek zaręczynowy. Wtedy ślub kościelny oznaczał dla mnie coś z kosmosu.
Jakiego jesteś wyznania?
Jestem muzułmanką, bo Tatarzy są muzułmanami. Nie praktykuję, w domu raczej tylko podtrzymywano tradycję, ale dzięki babci wiedziałam co to jest. Dla mnie to wyznanie i proponowanie tego zamążpójścia było zaskakujące, ale w końcu w 1984 roku pobraliśmy się w Moskwie. Nasze życie nabrało innego wymiaru. Jak zaszłam w ciążę, przyjechałam do Polski, by tu urodzić dziecko, choć ciężko było dostać pozwolenie na wyjazd za granicę. Trzeba było przejść 6 gabinetów – komisje Komsomołu, biuro partyjne rejonu itd., aby podbili pieczątkę na wyjazd. Mieliśmy zeszyty z napisaną wiedzą, kiedy np. powstało NATO, kto jest I sekretarzem KC PZPR, jakie słowa powiedział Breżniew na takim zjeździe, a jakie na innym. Musieliśmy znać to wszystko na pamięć. Po prostu była masakra. A ja tylko chciałam urodzić dzieci w Polsce.
Podobnie, żeby zaprosić męża do siebie, również musiałam mieć pozwolenie od władz, mimo że mąż studiował wcześniej w Moskwie.
Mieszkaliście w Moskwie?
Tak, do 1989 roku. Moi rodzice mają mieszkanie w centrum Moskwy, obserwowaliśmy pierestrojkę, a potem pierestrelkę. To taki czarny humor. Najpierw przebudowa, a potem strzelanie do wszystkich, żeby oczyścić teren. Pojawiały się jakieś gangi, „karczyska” na ulicach i ja wtedy pomyślałam, że nie bardzo bym chciała dostać rykoszetem i stać się przypadkową ofiarą ich utarczek.
W końcu podjęliśmy z mężem decyzję o wyemigrowaniu z Rosji. Przede wszystkim robiło się to dla dzieci i już od 1989 roku jestem na stałe w Rzeszowie.
Jeździsz tam czasami?
Oczywiście, ja przecież bardzo tęskniłam za rodziną i znajomymi, za miejscami. Miewałam nawet stany depresyjne. Postanowiłam, że muszę tam skończyć studia reżysersko-aktorskie. Chciałam mieć powód do powrotów, do spotkań z ludźmi, z rodziną.
Bo ludzie tam wspaniali?
Jestem częścią tych ludzi. Oni są bardzo otwarci, gościnni i chętni do pomocy, nawet nieraz zbyt mocno przekraczając prywatność. Przychodzi się do kogoś ze słodyczami, a wracając do domu często jesteś obdarowany czymś smakowitym. To taka muzułmańska tradycja i tak jest też u nas w domu. Tęskniłam za tym wszystkim bardzo. Zamieszkując w Polsce, nie wiedziałam, co mogłabym robić, nie znając tu nikogo, nie mając wsparcia ze strony rodziców i rodziny.
Miałaś bardzo trudny czas na początku w Polsce. Jak sobie radziłaś bez pracy?
Nie uczyłam się polskiego, ale dużo słuchałam radia, oglądałam telewizję, czytałam gazety. Ojciec mojego męża spędził 4 lata w Oświęcimiu i często mi o tym opowiadał. Żałuję bardzo, że tak niewiele rozumiałam, bo to ważne sprawy. W pewnym momencie, na szczęście, koleżanka mojego męża zaproponowała mi zorganizowanie pierwszych zajęć z baletu. Tak się zaczęła moja kariera zawodowa w Polsce. Założyłam studio baletowe w Rzeszowie, które bardzo się rozwinęło. Zaczynałam od 10 dzieci, a teraz mam 150 uczniów w kilku grupach. Nie traktuję tego tylko biznesowo, ale raczej jako miejsce, gdzie dzieci mogą się uczyć baletu i kształcić.
Jesteś szczęśliwa?
Jestem szczęśliwą osobą, że mogę wszystko połączyć, że jest to moja praca i pasja jednocześnie. Mam wśród znajomych kilka osób, które nie lubią swojej pracy, ale muszą ją wykonywać, bo nie chcą zmian i mówią, że nie umieją nic innego. Widzę, jak są frustrowani, jak by zniesmaczeni tym, co się dzieje dookoła. Uważam, że są to biedni ludzie, bo nie mogą realizować swoich pasji .
Wszystkie zajęcia prowadzisz osobiście? Jakie macie sukcesy?
Od 6 lat współpracuję z Tatianą Kudyrko, którą upatrzyłam sobie w studium choreograficznym dla Polonii. Była moją asystentką, a teraz samodzielnie prowadzi grupy. Dzięki niej zespół zaczął się rozwijać w technice show dance. Mamy dwie grupy, które osiągają duże sukcesy. W zeszłym roku byliśmy z pierwszą grupą reprezentacyjną Exercis na Łotwie, na festiwalu Arabeska, gdzie zdobyliśmy 2. miejsce. W tym roku przeszliśmy eliminacje do mistrzostw świata, które odbędą się w Bukareszcie. Tam dostały się dwie grupy i solistka, którą trenowałam od początku. Występować będzie w mojej choreografii. Ale muszę dodać, że autorką choreografii dla dzieci jest również Tatiana. Jej układy zostały zauważone i docenione przez wymagających jurorów.
Mamy wiele sukcesów, nasze grupy reprezentacyjne w lutym zdobyły I nagrody i Grand Prix w Dębicy. Ostatnio w Koninie na Międzynarodowym Festiwalu Piosenki i Tańca zdobyliśmy Złoty i Brązowy Aplauz. Te nagrody nas bardzo podbudowały, ponieważ tam była bardzo duża konkurencja. Na festiwalu prezentowali się również tancerze z Białorusi, Ukrainy, Rosji, Bułgarii, Mołdawii. W naszej kategorii otrzymaliśmy właśnie te nagrody i liczymy na to, że dzieciaki załapią smak występów i zdobędą jeszcze niejedną nagrodę.
Postawiliśmy sobie wysoko poprzeczkę, więc trzeba będzie ciężko popracować, żeby utrzymać się na wyznaczonym poziomie. Nasza grupa Exercise otrzymała zaproszenie do telewizji TVP – ABC na Petersburski Show. Co roku, już od 2001 roku, w Filharmonii Rzeszowskiej wystawiam spektakle dla dzieci i młodzieży, czasami nawet przygrywa nam orkiestra symfoniczna. W przyszłym roku odbędzie się jubileusz studia baletowego. Mam nadzieję, że uda mi się zrobić ciekawe przedstawienie, przygotowuję miłą niespodziankę dla mieszkańców naszego miasta i okolic.
.Co jest najlepsze z życia dla ciebie?
To, że jestem tu i teraz. Że codziennie pracuję nas sobą. Próbuję mieć kontrolę nad swoimi myślami, czuję, co może wywoływać we mnie takie czy inne emocje i jakie powstają tego konsekwencje. Uznaję zasadę nieobrażania się na ludzi. Próbuję rozwiązać konflikty, zanim się rozwiną. Uważam, że każdą sytuację można jakoś wytłumaczyć. Oczywiście nie jestem bez uczuć, może mnie coś drasnąć, ale nie rozpaczam wtedy i nie trzymam urazów. Ludzie czasami mają wielkie problemy, czasami błahe, nakręcają się nawzajem, często gotują się we własnym sosie, nie widząc nikogo i niczego. Wtedy warto potraktować ich łagodniej, bo może staliby się mniej spięci. Rozmową można wiele zyskać. Czasami wystarczy po prostu uśmiech.
Jakie masz marzenia?
Ogólnie czuję się spełniona. Ale mam marzenia, aby zarażać innych pasją, żeby mniej myśleli o pieniądzach, a więcej o tym, by się realizować. Chciałbym podróżować, poznawać nowych ludzi. Marzę o tym, żebyśmy wszyscy byli sobie bliżsi, jak kiedyś w dawnych latach, gdy byliśmy bardziej otwarci, częściej się spotykali. Tęsknię za latami, gdy ludzie wpadali do siebie do domu tak znienacka, po prostu. ***
Czy wiecie, że sok ze świeżych owoców, który chlapniemy sobie na ubranie, łatwo usunąć, przelewając tkaniny wrzątkiem? Zbliża się czas na jagody, truskawki, czereśnie, ech, cudowne są owoce, ale tak łatwo się pobrudzić.***
Czy wiecie, że sok z buraka wyciskanego w domu powinno się pić dopiero po jakichś dwóch godzinach? Swoją drogą, najlepszy jest z sokiem z marchewki, ale jak trzeba go pić, to po odstaniu.***
Czy wiecie, że kurkuma jest bardzo zdrową przyprawą i działa antynowotworowo? Aby zadziałała, trzeba dosypać też trochę pieprzu do potrawy. Pamiętać należy, że jest też cudownym barwnikiem do potraw, gdy na przykład chcemy uzyskać inny kolor ryżu.***
Czy wiecie, że lodówka nie powinna stać w kuchni obok kuchenki? Podobno w takim przypadku zwiększa się pobór prądu.***
Czy wiecie, że koty, a raczej ich mruczenie, leczy? Ostatnio wiele się słyszy, że wibracje o wyższych częstotliwościach działają terapeutycznie w przewlekłych chorobach kości, czyli leczą osteoporozę.
***
Czy wiecie, że światło niebieskie jest szkodliwe dla oczu? Aby zapobiec szkodliwości, należy do pracy przy komputerze zakładać okulary z powłoką. Niebieskie światło atakuje nas codziennie z ekranu komputera, komórki i tabletu.***
Czy wiecie, że ołówek nosi niesłusznie swoją nazwę? Wskazywałaby na zawartość ołowiu, a ten już od dawna jest zastępowany grafitem. Nazwa „grafitnik” byłaby chyba nie do przyjęcia, więc tak pozostało.***
Czy wiecie, że cytryna jest naturalnym produktem zwalczającym komórki rakowe? Ponoć jest dziesięć tysięcy razy silniejsza niż chemioterapia. Wierzymy lub nie, ale warto spróbować na sobie, zanim zachorujemy. Lepiej zapobiegać niż leczyć. Cytrynę należy umyć i zamrozić – taką zamrożoną ucieramy na tarce i posypujemy nią potrawy. Smacznego i zdrowego za jednym zamachem!***
Czy wiecie, że rajdowcy ubierają się w kilka warstw odzieży i jadą z włączonym na maksa ogrzewaniem? To po to, aby silnik się szybciej chłodził.***
Czy wiecie, że nie doceniamy najczęściej osób, które mamy na wyciągnięcie ręki? Janusz Lewandowski nazwał to syndromem sąsiada.***
Czy wiecie, że niektóre starsze osoby są nudne nie dlatego, że osiągnęły już sędziwy wiek? Leszek Mellibruda twierdzi, że one zawsze były nudne i nic się w nich nie zmieniło.***
Czy wiecie, że diamenty i inne kamienie szlachetne są najlepszą lokatą i sposobem na podróżowanie ze swoim majątkiem? Rzeczywiście, taki kamień można oprawić i nosić na palcu w pięknym pierścionku, podróżować, czując się bezpiecznie – nie pozostawiamy w domu niczego, o co mogłybyśmy się martwić.***
Czy wiecie, że każdą zmianę stereotypu zaczynamy od siebie? Tak twierdzi wiele osób, które wypróbowały to na sobie i teraz widzą, jak im się zmieniło życie.***
Klientom marki gwarancję zadowolenia. Czego możesz się spodziewać, przychodząc do salonu fryzjerskiego Shake Your Head? Doświadczeni styliści fryzur sprawią, że po wyjściu z naszego salonu poczujesz, że Twoje włosy doskonale wyrażają Twój charakter, Twoją osobowość i są po prostu idealne. Tworzymy fryzury, które oddają naturalne piękno i jednocześnie są integralną częścią Twojego stylu. Shake Your Head to miejsce, w którym stawiamy na profesjonalnych i doświadczonych stylistów. Każdego Klienta traktujemy indywidualnie i z ogromną uwagą.
Pierwszą wizytę zawsze poprzedza autorska Analiza Kształtu Twarzy, której autorem jest główny stylista marki, Grzegorz Duży. Po przeanalizowaniu pięciu głównych elementów: kształtu twarzy i głowy, włosa, po analizie kolorystycznej oraz psychologii ruchów, dobierana jest fryzura idealna. Styliści biorąc pod uwagę wszystkie te elementy planują fryzurę dopasowaną w każdym calu. Analiza realizowana przez zespół Shake Your Head to cenne doświadczenie, które pozwoli spojrzeć na własną fryzurę z perspektywy specjalisty.
Zapraszamy na naszą stronę internetową www.shakeyourhead.pl oraz na nasz fan page na Facebooku: www.facebook.com/fan.page.ShakeYourHead.
Good Company to restauracja nowoczesna, przeznaczona przede wszystkim dla szeroko pojętego biznesu. Liczy się dla nas posiłek smaczny, ale także podany sprawnie, w niekonwencjonalny sposób. W czasie lunchu cały koncept tego miejsca opiera się na samoobsłudze. Chcemy pozostawić naszym Klientom możliwość samodzielnego skomponowania swojego dania. Każdy może na przykład podejść
do WOKa, wybrać sobie warzywa, które następnie kucharz przygotuje. Jest to tak zwany „live cooking” – danie jest przygotowywane dla konkretnego Klienta, w jego obecności, na jego oczach.
W czasie kolacji oraz w weekendy, pojawiają się kelnerzy, karta menu i restauracja przekształca się
w miejsce, w którym można odpocząć, zrelaksować się i bez pośpiechu cieszyć się pysznym posiłkiem.
Kuchnia jest międzynarodowa. Poszczególne stacje to:
– grill
– pasta
– WOK
– pizza
– pierogi
– zupy
– kuchnia polska
– sushi
– kuchnia lekka
Nie można jednak zapomnieć o „Wyspie”, na której od samego rana przygotowywane
są świeże kanapki, sałatki – których elementy również można dobierać samodzielnie, świeżo wyciskane soki, lemoniady oraz ciasta (z ciepłą szarlotką włącznie).
Zawsze należy zostawić sobie trochę miejsca na ciasto, torcik, czy po prostu pyszną kawę. Nasz Coffee Bar jest do Państwa dyspozycji od samego rana.
Więcej informacji można znaleźć na stronie www.goodcompanyrestaurant.pl oraz na Facebooku. Możliwa jest też wirtualna wycieczka po restauracji.
Zapraszamy do Good Company w godzinach 7.00-22.00 od poniedziałku do niedzieli. Z nami, jak sama nazwa wskazuje, jesteście zawsze w dobrym towarzystwie! 



Basiu, twoje wspomnienia z dzieciństwa są dość bolesne, jak to wpłynęło na ciebie i twoje stosunki z innymi ludźmi?
Do 10 roku życia byłam pięknym i zdrowym dzieckiem, potem uległam wypadkowi. Jak miałam 13 lat, operowano mi kręgosłup i moje życie było zupełnie inne, niż pozostałych dzieci. W latach 60. bardzo odczuwałam brak tolerancji otoczenia i czułam się niekomfortowo. Chodziłam w gorsecie, nie byłam samodzielna. Mój gorset był z metalu, przecierał mi ubrania. Zapuszczałam włosy, aby ukryć swoje mankamenty i miałam nawet z tego powodu kłopoty z nauczycielką. Trudne dzieciństwo, a ja mimo to starałam się brać czynny udział w życiu społecznym. Byłam wytykana przez rówieśników, a i tak zdobywałam przebojowość, siłę. Śpiewałam nawet na Festiwalu Piosenki Radzieckiej. Mimo wszystko chciałam być lepsza, zdobywać umiejętności i być wyróżniana. Nauczyłam się tolerancji i pokory, ale i walki o siebie i swoje miejsce na ziemi.
Najlepsze z życia to?
Spełnianie swoich marzeń i duma z wnuczek, z córek. Umiejętność pokonywania przeciwności losu. Spadnie na cztery łapy. Budowanie nowej, lepszej rzeczywistości wbrew wszystkiemu. Zdolność do przyjmowania ciosów godnie, z pokorą. Z uśmiechem radzić sobie z problemami. Kochać. Mieć przyjaciół. Myśleć i wierzyć, że życie nas pokochało i oddawać innym mentalnie to wszystko, co się ma najlepsze – dla ich życia. Żyć tak, aby niczego nie żałować, nie wstydzić się swojego odbicia w lustrze, pomagać i być bratnią duszą dla potrzebujących. Umieć uśmiechać się do ludzi.
Historia o tym, jak weszła pani w posiadanie dworu w Janówku jest bardzo ciekawa.
W latach siedemdziesiątych we dworze, który był już bardzo zdewastowany, zamieszkiwała jeszcze jedna rodzina. Mieszkała tam koleżanka z mojej szkoły, która mnie kiedyś do siebie zaprosiła. Miejsce to musiało zrobić na mnie kolosalne wrażenie, które zapewne utkwiło mi głęboko w pamięci, bowiem kiedy w 1989 przeczytałam w Newsweeku artykuł o tym, że gminy w Polsce pozbywają się zabytkowych dworów, w pamięci stanął mi właśnie ten w Janówku. Potem już zadziałała wyobraźnia i uczucie, że muszę stać się jego posiadaczką. Przyjechałam do Polski, dwór okazał się kompletną ruiną, ale niestety dowiedziałam się, że został już sprzedany firmie Chevalier pana Tylusa, który do dziś prowadzi stadninę koni w Wierzbnie. Wysłałam nawet zapytanie do pana Tylusa, czy nie zechciałby dworu odstąpić, ale nie zgodził się. Przyjęłam porażkę i wróciłam do Anglii. Dwa lata później firma Chevalier zbankrutowała i okazało się, ze wcale nie była właścicielem dworu, tylko go sobie zarezerwowała. Przystąpiłam więc do przetargu, byłam jedyną chętną i tak w 1992 roku zostałam właścicielką dworu w Janówku.
Dwór i jego otoczenie prezentują się przepięknie. Widać, jak wielką pracę włożyła pani w doprowadzenie go do stanu, w jakim się znajduje.
To prawda. Proszę sobie wyobrazić, że te tysiące roślin, które rosną w parku (oczywiście oprócz starodrzewu), sama zasadziłam. Pędziłam po terenie z taczkami ziemi i nawozu, musiałam niejednokrotnie przyjąć klęskę w postaci wypadnięcia niektórych roślin, którym nie odpowiadało stanowisko czy gleba, ale koniec końców osiągnęłam satysfakcjonujący mnie efekt. Jestem jednak rozczarowana, że nasze prawo niedostatecznie chroni otoczenia takich zabytków. Pomimo mojej interwencji u konserwatora zabytków, właściciel sąsiedniej działki otrzymał pozwolenie na wybudowanie domu jednorodzinnego, który nie dość, że przesłania widok na dwór od południowo-zachodniej strony, to jego styl całkowicie odbiega od stylu architektonicznego dworu. Nie tylko ja, ale i niektórzy mieszkańcy Janówka z przykrością patrzymy, jak ta nowopowstała budowla rujnuje otoczenie dworu.
Skąd wziął się pomysł na kandydowanie na wójta?
Do kandydowania już w poprzedniej kadencji namawiali mnie znajomi, którzy wierzyli, że ze swoją wiedzą i doświadczeniem mogę wiele zmienić w tej gminie i że jako osoba stąd mam duże szanse. Wtedy się nie zgodziłam, ale w tych wyborach wystartowałam i w drugiej turze zwyciężyłam.
Jak pani myśli, co doprowadziło do wygranej ?
Wydaje mi się, że duże zaangażowanie z mojej strony, ale również ze strony członków mojego komitetu wyborczego. Kampanię wyborczą rozpoczęłam już półtora miesiąca przed wyborami. Byłam w każdej wiosce, może nie w każdym domu, ale w wielu, i rozmawiałam z ludźmi, poznawałam ich potrzeby i oczekiwania, przedstawiałam mój punkt widzenia. Moje ulotki dotarły do każdego domu.
Czy zamierza pani postawić na fundusze Unii Europejskiej, aby umożliwić rozwój gminy?
Tak, ale to dopiero w przyszłym roku. Zamierzam wykorzystać możliwości, jakie daje nasza Lokalna Grupa Działania (LGD) – Stowarzyszenie Bądźmy Razem, która powstała niedawno na terenie naszego powiatu. Powstaną projekty w ramach PROW – remont i przystosowanie świetlic wiejskich. W samym Wierzbnie chciałabym doprowadzić do założenia Domu Kultury z biblioteką w przejętym przez gminę budynku po komisariacie policji. Aby budować więź między mieszkańcami, należy rozpocząć od takiego właśnie miejsca, które tętniłoby życiem do późnych godzin wieczornych.
Wiem, że gmina ma kłopoty finansowe. Skąd zdobędzie pani wkład potrzebny na dofinansowanie?
Zamierzam wkrótce rozpocząć prace nad przeprowadzeniem koniecznych reform, tak aby w następnych latach w budżecie gminy wygospodarować jakieś środki własne na wkład potrzebny do uzyskania dofinansowania koniecznego do przeprowadzenia tak bardzo nam potrzebnych zadań inwestycyjnych. Chciałabym również jak najszybciej utworzyć fundację wspierającą rozwój kultury i oświaty w gminie Wierzbno i szukać na ten cel dotacji z prywatnych źródeł. Gminy nie stać też na stworzenie stanowiska dla specjalisty zajmującego się projektami unijnymi, ale mam nadzieję, że zaprawieni w boju koledzy wójtowie z naszego powiatu podpowiedzą mi to i owo. Rolę Fabian z serialowego Rancza pełnić będą podnajęte firmy (śmieje się).
Jaki jest pani stosunek do zbieżności pani sytuacji życiowej z historią Lucy z Rancza? Dostała pani nawet taki pseudonim.
Powiem tak: zazwyczaj scenariusze do filmów pochodzą z życia. W moim przypadku to tak jakby scenariusz filmu urzeczywistnił się w życiu. Mówiąc szczerze, chciałabym wykorzystać to podobieństwo, jak również fakt, że jestem pierwszą kobietą-wójtem w historii całego powiatu, z korzyścią dla gminy. Nasz region jest bardzo atrakcyjny turystycznie, chodzi mi o niedaleką Dolinę Liwca i przynależność do Krainy Mistrza Twardowskiego. Filmowe zbieżności mają szansę przyciągnąć do nas więcej turystów.
Bardzo proszę opowiedzieć o swoich marzeniach.
Marzenia… Mam ich wiele. Przede wszystkim, tak dla siebie, chciałabym zrobić dyplom w dziedzinie malarstwa. Na razie kopiuję obrazy, ale mam nadzieję, że będę tworzyć również swoje prace. Malarstwo przynosi mi wielką przyjemność i wyciszenie. Jestem pasjonatką Włoch, uwielbiam jeździć do tego kraju, kocham urok małych włoskich miasteczek, otwartość i gościnność ludzi. Tam każdy kamień ma swoją historię, architektura jest wspaniała, widoki przepiękne. Moją pasją jest również Cesarstwo Rzymskie. Żeby poczuć jego klimat, trzeba koniecznie pomieszkać w Rzymie. Marzę o co najmniej rocznym pobycie w Wiecznym Mieście. Jednak moje największe marzenie to poprawa jakości życia w gminie Wierzbno, a także polepszenie dróg i infrastruktury. Cudownie byłoby mieć u siebie halę sportową z prawdziwego zdarzenia, basen. Takie rzeczy zatrzymują ludzi na miejscu.
Co pani sądzi o projekcie „Miss po 50ce”?
Bardzo popieram. Nie widzę przeszkód, aby nadać tytuł „miss” osobie dojrzałej. Trzeba łamać stereotypy, nie żyjemy w czasach, kiedy kobieta po 50. jest babuleńką. Sama zachęcam kobiety do brania udziału w tym konkursie. To nie konkurs piękności, a indywidualności, a kobieta 50+ dopiero rozwija skrzydła.
Czy chciałaby pani podzielić się z naszymi czytelnikami przesłaniem, którym kieruje się pani w życiu?
Bardzo chętnie. Chciałabym, aby ludzie nauczyli się widzieć piękno. Poczucie piękna i miłość do tego, co piękne, zmienia człowieka. Wydaje mi się, że ludzie wrażliwi na piękno nie mogą być źli. Piękno uszlachetnia człowieka, czyni go otwartym na innych i wpływa na pozytywne myślenie. Takimi ludźmi chciałabym się otaczać i z takimi ludźmi chciałabym pracować, bo z nimi można zmieniać świat na lepsze.
Bardzo dziękujemy za gościnę i miłą rozmowę. Życzymy pani powodzenia w rządzeniu gminą.







www.michalczajka.pl